bezdroza_logo
152764
obiektów,
zdjęć, relacji
i tras
Wyszukiwanie zaawansowane
dodaj obiekt dodaj zdjecie dodaj relacje

e-przewodniki.pl relacje i trasy Wyprawa w Gorgany
Wyprawa w Gorgany
Średnia ocena: gwiazdkagwiazdkagwiazdkagwiazdkagwiazdkagwiazdkagwiazdkagwiazdkagwiazdkagwiazdka (5,00/299 gł)   
Oceń ten artykuł:

Wszystko zaczęło się od Szkocji. Nieudany wakacyjny wyjazd do pracy zainspirował mnie i przyjaciólkę do konstruktywnych działań. Początkowo zbierałyśmy ekipę na wyjazd na Czarnohorę, ale niestety bezskutecznie. Perspektywa była kiepska, przecież same nie pojedziemy w nieznane góry. Rozpoczęły się intensywne poszukiwania w Internecie, które naprowadziły nas na trop Studenckiego Klubu Turystycznego przy Politechnice Wrocławskiej. Okazało się, że w podobnym terminie, grupa studentów wybiera się na podbój dzikich Gorganów. Wcześniej ostrzegano nas o niebezpieczeństwach tych regionów. Tym bardziej propozycja wydała się kusząca. Potem kilka wątpliwości i decyzja... dołączamy się do wrocławskie ekipy. I oto co wynikło z tej szalonej decyzji.

 

     Dla każdego podróż zaczęła się inaczej. Pierwsze iskry wspólnych znajomości zabłysnęły już w pociągu Wrocław - Przemyśl. Większość wsiadła na Śląsku, ostatni dołączyli dopiero na Ukrainie.

     Akordy ukraińskiej przygody zabrzmiały już na przejściu granicznym Medyka – Szeginie. Obraz przemytników, tzw. mrówek zarabiających na życie przenoszeniem przez granicę papierosów i innych produktów, zainteresował wszystkich. Postanowiliśmy rozpracować metody, którymi miejscowa ludność walczy z nieugiętym prawem. Tuman mądrości niczym niestrudzony wojownik krążył po siedzeniach na wpół nowoczesnego autokaru. Pomysłów mieliśmy wiele, pytanie: który najbardziej trafny?! Po kilku godzinach oczekiwania przejechaliśmy granicę, wciąż nie znając na nie odpowiedzi...

      W ciągu całej podróży spotkało nas wiele sytuacji wzbudzających refleksję na temat mentalności Ukraińców. Jednym z takich tematów był fakt nikłej aktywności turystycznej naszych wschodnich sąsiadów. Zadziwiały nas prawie puste szlaki oraz rzucające się w oczy zaniedbanie górskich miejscowości. Naszą bazę stanowiła Osmołoda, wieś w dolinie Łomnicy, doskonałe miejsce wypadowe w dzikie Gorgany (które okazały się nie do końca takie niedostępne, jak się o nich zwykło pisać w przewodnikach). Znajdujące się w niej pozostałości infrastruktury kolejowej to część kolejki wąskotorowej prowadzącej z Broszniewa. We wsi znajdują się trzy sklepy, które trochę na wyrost możnaby nazwać „spożywczo-przemysłowymi”. Położenie osady mogłoby konkurować z kurortem w Wiśle, a krajobrazami nie powstydziłby się turysta odpoczywający u podnóża Tatr. Aby więc poznać klimat i zwyczaje Hucułów, zamieniliśmy McDonalda z Krupówek na ławeczkę przy osmołodzkim sklepie.
      Gdyby w naszym gronie znajdował się polski minister transportu, z pewnością zdobyłby silny argument przeciwko wszystkim malkontentom niezadowolonym z polskich dróg. W Osmołodzie bowiem nie uświadczy asfaltu. Kiedy tylko dojechaliśmy na miejsce, poczuliśmy się jak w czasie stanu wojennego, kiedy po ulicach jeździły czołgi i wielkie maszyny wojskowe. Wygodny Land Rover Discovery nie miałby w Gorganach szans obok wszystko mogącego Gasa. Radzieckie maszyny dostaną się wszędzie, nie straszne jest im pokonanie tonących w błocie konarów drzew czy przetransportowanie wgłąb doliny 26-osobowej grupy z pełnym ekwipunkiem i zapasami żywności na kilka dni.
      Osmołoda była naszą Mekką i Medyną, do której utrudzeni powracaliśmy z górskich szlaków. Z niej też pełni sił wyruszaliśmy na ciężkie starcie z przyrodą i naszymi słabościami. Stawała się początkiem i końcem.
      Wspólna integracja rozpoczęła się już na polu namiotowym, przylegającym do Pensjonatu Arnika Viktora i Julii Chudiaków. Silniejsi pomagali słabszym wbijać śledzie w huculską ziemię oraz służyli radą przy obsługiwaniu palników turystycznych. Prawdziwa przygoda zaczęła się jednak dnia następnego, kiedy zbudzeni dźwięcznym głosem pana dziekana z zawrotną prędkością zwinęliśmy ekwipunek i próbowaliśmy się zorganizować na pace samochodu marki Gas. Wyboje i nierówności nie wystraszyły nikogo, świadomość świetnej zabawy i adrenalina wzrastały wprost proporcjonalnie do długości trasy. Nadszedł czas prawdziwej próby. Każdy zastanawiał się, czy wytrzyma tempo grupy, czy będzie w stanie nieść swój plecak albo plecak utrudzonego kolegi (takie przypadki się zdarzały; silnym mężczyznom chylimy czoła i dziękujemy).
      Wędrówkę podzieliliśmy na trzy tzw. pętle. Jedna trasa trwała 3 lub 4 dni, a następnie schodziliśmy do Osmołody, gdzie czekała na nas pani Julia z obiadem. Mieliśmy wtedy okazję spróbować lokalnej kuchni ukraińskiej. Smakiem kusił barszcz ukraiński, mamałyga oraz herbata z dodatkiem świeżych liści mięty. Jak każda kuchnia świata, tak i ukraińska wymagała od smakosza pewnej elastyczności. Nie wszystkie potrawy pozytywnie pobudziły nasze kubeczki smakowe. Najbardziej „kontrowersyjna” okazała się mamałyga, która niektórym przypominała lubianą przez nich włoską pollentę, a inni kręcili na nią nosami.
      Podczas dni wolnych poobiedni czas spędzaliśmy przy kawie z odrobiną ukraińskiego balsamu oraz przy chałwie albo formowaliśmy sześcioosobowe grupy, które udawały się do sauny. Najlepszym sposobem na zakwasy była właśnie tzw. bania oraz wieczorne pogawędki przy piwie. Wyborny smakosz na pewno zainteresowałby się różnorodnością ukraińskiego piwa, którego tradycje sięgają XIX wieku. Czesi, jako znani europejscy piwosze, znaleźliby tu wiele ciekawych gatunków: pasteryzowane lub nie, mrożone smakowe – co kto woli! Piwo jako napój królewski już od wieków łączyło ludzi.
      Przed każdą wyprawą byliśmy dokładnie poinstruowani, czego możemy się spodziewać. Każdy mógł oszacować siły i racjonalnie nimi rozporządzać. Dr Kłos pocieszał nas nieustannie, że w porównaniu z zeszłorocznym wyjazdem jesteśmy szczęściarzami, bo trafiliśmy na bardzo dobrą i słoneczną pogodę. Upał zresztą nieźle dał nam się we znaki. Kolejne wyzwanie stanowiła gęsta kosówka, przez którą często trzeba było się przedzierać.
      Co wieczór wykończeni docieraliśmy na miejsce obozowania, gdzie nasz trud zostawał nagrodzony. Jedliśmy wtedy zasłużony obiad, ale nie to było najważniejsze. Wreszcie mogliśmy poczuć całą specyfikę Gorganów. Zachwycały nas piękne połoniny. Np. pierwszy nocleg odbył się na polanie Ruszczyna, którą otaczał górski strumień. Zbiegały do niego huculskie konie, aby zaczerpnąć wody. Bystrzyca Sołotwińska miała temperaturę zaledwie kilku stopni, ale nie odstraszyła tych, którzy pragnęli wieczorną toaletę odbyć przy dźwięku lekkiego szumu traw, przerywanego prychaniem koni.
      Namioty często rozbijaliśmy u podnóża ruin przedwojennych schronisk. Wystarczyło włączyć wyobraźnię, przenieść się w czasy dwudziestolecia międzywojennego i słuchać rozmów polskich pionierów, którzy przecierali szlaki w Gorganach. Względny spokój między 1918 -1939 rokiem doprowadził do początków turystyki górskiej i współpracy między narodami Polski i Ukrainy, między PTT a Ukraińskim Towarzystwem Turystycznym Pałaj.
      Gwieździste niebo napełniało nas nadzieją, że kolejny etap podróży będzie równie słoneczny, jak poprzedni. Już drugiego dnia nasza próżność została połaskotana, bo zdobyliśmy najwyższy szczyt Gorganów (Sywula 1836 m n.p.m). Pierwsze podejście było strome, pozostałości okopów przywodziły na myśl tych, którzy w czasie I wojny światowej walczyli w Karpatach. Poczucie jedności z polskim żołnierzami oraz trud, jaki każdego dnia podejmowali, pokrzepiał zmęczone kolana. Krok za krokiem doprowadził nas na przepiękne wzniesienie. Doskonała widoczność, delikatny watr i palące słońce uzupełniały widok ciągnących się w nieskończoność grzbietów górskich. Tego dnia góry obdarzyły nas wieloma doświadczeniami. Z najwyższego szczytu spłoszyła nas burza i deszcz. Jak się potem okazało, była to mżawka w porównaniu z tym, co przeżyliśmy, wchodząc na masyw Mołodej.
      Wąska ścieżka wiła się wśród wysokich traw, prowadząc na miejsce naszego dłuższego wypoczynku. Często bowiem rozbijaliśmy obozy na więcej niż jedną noc. Namioty stworzyły krąg wokół ogniska, przy którym tętniło życie. Okazało się, że mamy w grupie pomysłowych kucharzy, którzy potrafili wyczarować wykwintne dania nawet w polowych warunkach: zapiekanki z serkiem pleśniowym na oliwie z oliwek i prażone otręby. Nie zainteresowani tematyką kuchenną próbowali swoich sił w grze w mafię. Ognisko tliło się powoli, bardziej wytrwali prowadzili ożywione dyskusje i marzyli o pieczonych ziemniakach z ogniska albo o kiełbasce. Oczywiście o takich rarytasach nie było mowy. Odważniejsi i bardziej zdeterminowani mierzyli się z zimną wodą w strumieniu. Tak mijały kolejne, spędzane z dala od ludzkich osad wieczory.
      Stukot menażek, widelczyków i przelewanej wody stawał się naturalnym znakiem porannej pobudki. Góry dość boleśnie dawały niektórym do zrozumienia, że one rządzą. Pojawiały się odciski, bąble, opuchnięcia, siniaki i oznaki delikatnego przeziębienia. Chorych zostawialiśmy w obozie i mniej liczną drużynę wyruszaliśmy na kolejne szczyty. Przez większość dni słońce jak niezwyciężony wojownik pojawiało się co rano na bezchmurnym niebie i w pełnej krasie pozostawało aż do zachodu. Karpackie promienie pokryły nasze ciała opalenizną, stały się również przyczyną poparzeń.
      Wspólny trud, podobny cel oraz sama specyfika gór spowodowały, ze na kolejne wędrówki wyruszaliśmy już bardziej zintegrowani. Więcej było żartów i wesołych opowieści. Ciekawym doświadczeniem były noclegi w niewielkiej chatce na polanie pod Grofą. Mały drewniany domek służący turystom za schronisko był bardzo zaniedbany i dobrze by mu zrobił gruntowny remont. Postanowiliśmy działać wg starych, patriarchalnych reguł. Mężczyźni zajęli się naprawą sprzętu, rąbaniem drewna, przynoszeniem wody z oddalonego źródła i rozpalaniem ogniska, a kobiety przygotowywały herbatę, posiłki, miejsce do spania oraz zbierały jagody. Nie wszyscy byli zadowoleni z takiego układu i ujawniła się potrzeba głębokiej emancypacji kobiet. Nasza koleżanka postanowiła przerąbać ogromny pień drzewa, co niestety okazało się ponad jej siły.
      Chatek o podobnym standardzie na naszej trasie było jeszcze kilka. W drugiej połowie XIX wieku rozwinęło się na terenach Gorganów myślistwo. Szybko te rejony zyskały sobie sławę wyjątkowych terenów do uprawiania łowiectwa. Powstało wiele domków dla myśliwych, które w czasie wojny wykorzystywali żołnierze. Dla zorientowanych i wprawionych turystów ukryte schrony stawały się okazją do zamiany namiotu na drewniane deski i mogli się w nich schronić w czasie załamania pogody.





relacje i trasy:
Byłeś w weekend na ciekawej wycieczce? Odbyłeś 2-miesięczną podróż życia? Podziel się swoją podróżą!
możesz:
opisać swoją wycieczkę/podróż
uzupełniać ją o napotkane, ciekawe obiekty
dodawać zdjęcia
wgrywać trasę z urządzenia GPS w formie pliku GPX
korzystać z relacji i tras innych użytkowników
ostatnio zalogowali się
Regulamin i polityka prywatności | Kontakt | Dla prasy
Portal tworzony przez Was i Wydawnictwo Bezdroża

Created by Amistad Group