bezdroza_logo
152762
obiektów,
zdjęć, relacji
i tras
Wyszukiwanie zaawansowane
dodaj obiekt dodaj zdjecie dodaj relacje

e-przewodniki.pl relacje i trasy Wyprawa do Egiptu - szlakiem zbaytków UNESCO
Wyprawa do Egiptu - szlakiem zbaytków UNESCO
Średnia ocena: gwiazdkagwiazdkagwiazdkagwiazdkagwiazdkagwiazdkagwiazdkagwiazdkagwiazdkagwiazdka (5,00/153 gł)   
Oceń ten artykuł:

Wyprawa do Egiptu była naszą pierwszą podróżą do kraju muzułmańskiego. Miała być spełnieniem naszych marzeń o odwiedzinach u faraonów. I była, choć wcześniejsze wyobrażenia o tym kraju legły w gruzach już na samym początku, już po wyjściu z samolotu... A później na każdym niemal kroku wszelkie znane nam dotychczas standardy życia ulegały totalnemu przewartościowaniu. Może dlatego, że pierwszy raz znaleźliśmy się poza Europą? I w dodatku egipską przygodę realizowaliśmy na własną rękę?

Kilka uwag technicznych:

- do Egiptu wybraliśmy się we dwójkę: piszący te słowa Andrzej wraz z małżonką Magdaleną;

- wyjazd przygotowywaliśmy w oparciu o listę zabytków UNESCO (stąd tytuł relacji), bo cóż może być ciekawszego, niż obiekty ze światowej listy? Listę tę uzupełniliśmy o kilka dodatkowych miejsc, jak Al-Alamein, czy Aleksandrię. UNESCO ochroną objęło: klasztor Abu Mena; Teby (Karnak) z nekropolią (zachodni brzeg); historyczny Kair; dawną stolicę Memfis z nekropolią, czyli kompleksami piramid od Dahszuru do Gizy; zabytki nubijskie od Abu Simbel do File; rejon Św. Katarzyny; Wadi Al-Hitan (Dolina Wielorybów). Nie udało się nam zobaczyć w ogóle tego ostatniego, w Abu Mena widzieliśmy tylko nowe obiekty, do starej części nie dotarliśmy. Pozostałe miejsca zwiedziliśmy kompleksowo.

- pojawiający się w tekście skrót LE oznacza funty egipskie, 100 LE to ok. 50 zł, ale dla nas tylko ok. 10 funtów szterlingów, bowiem mieszkamy w Anglii, dzieląc los emigrantów zarobkowych...

- pojawiające się odniesienia do przewodnika dotyczą pozycji Pascala „Egipt” z roku 2005, będącego tłumaczeniem przewodnika The Rough Guide „Egypt” z roku 2000. Wszelkie nazwy obiektów podajemy w wersji zapożyczonej z tego przewodnika. Oprócz tej książki mieliśmy jeszcze dwie mapy: Egiptu (wydawnictwa Demart) i mapę Kairu, angielskiego wydawnictwa FlexiMap.

 

Dzień pierwszy: sobota, 19 maja 2007

Po miesiącach przygotowań (bilety lotnicze kupowaliśmy już w styczniu) – ruszamy!!! Podróż do kraju marzeń rozpoczęła się na londyńskim lotnisku Heathrow. Po szybkiej przesiadce na paryskim Charlesie de Gaulle’u i kolejnych 4 godzinach w powietrzu na skrzydłach Air France (byli najtańsi w połączeniach Londyn – Kair – Londyn) wieczorem 19 maja znaleźliśmy się nad Kairem. Już z okien samolotu widać było, że za chwilę znajdziemy się w zupełnie innym świecie: zero zieleni, kolorem dominującym: żółć. Wyjście z samolotu: każdy przed nami zatrzymywał się w drzwiach robiąc dziwną minę i ciężko wzdychając. Zrozumieliśmy to dopiero, gdy przyszła nasza kolej – wychodząc z klimatyzowanego wnętrza zostaliśmy wręcz uderzeni masą gorącego powietrza, którą jakby ktoś złośliwie nawiewał ogromnym wentylatorem na nas... Na hali przylotów: niespodzianka związana z wizą. W przewodniku straszono, że może być problem z uzyskaniem wizy, tymczasem 90 LE załatwia sprawę bez dodatkowych pytań. A kupując wizę w Polsce lub w Anglii trzeba wypełniać formularze, słać wnioski... Zaraz po odprawie kolejne zderzenie z egipską rzeczywistością: naganiacze, oferujący przejazd taksówką do centrum. Mając w pamięci porady przewodnikowe postanowiliśmy zaoszczędzić, jadąc autobusem. Tylko gdzie jest dworzec? Po długich poszukiwaniach daliśmy sobie spokój. Wraz z dwiema amerykankami wynajęliśmy taksówkę do centrum. One zapłaciły 60 LE, my 50 (ma się ten talent do negocjacji). Pierwszej taksówki, niestety, nie udało się uruchomić (po kilku próbach zapalenia ‘na popych’ samochód wylądował na drzewie...). Ale natychmiast podjechała druga (oba były marki Peugeot 504, ich produkcji zaprzestano na początku lat 80-tych...), ruszyliśmy, i... oto dworzec autobusowy... Wystarczyło obejść dookoła ogromny budynek stojący przed halą przylotów... Cóż... Jednakże później okazało się, że turyści praktycznie nie jeżdżą autobusami, problem polega na: dziwnych znaczkach, które ponoć są numerami linii i poważnymi kłopotami z porozumieniem się – angielski w Egipcie jest słabo rozpowszechniony. Poza tym obcokrajowcy są elementem mocno egzotycznym w takim autobusie. Jak widać, nie dla wszystkich słowo „egzotyka” znaczy to samo. Jazda do Kairu była przeżyciem niezapomnianym. Sytuacje jak z najgorszego koszmaru policjanta drogówki. Na liczniku cały czas 100 km/h, niezależnie od kiepskiego stanu pojazdu i od odległości od poprzedzających samochodów. Tam, gdzie na ulicy były wymalowane dwa pasy – mieściły się trzy wozy, gdzie były trzy pasy ruchu – po cztery, a nawet pięć... Rzadko który miał włączone światła (mimo, że noc już była ciemna...), kierunkowskazami nikt sobie głowy nie zaprzątał (czy w ogóle montują je w egipskich samochodach?), czasem któryś kierowca kurtuazyjnie rękę wyciągnął, jeśli skręcał w lewo... Po godzinie czegoś, co nawet w przypływie dobrych intencji ciężko nazwać podróżą, dotarliśmy do Hotelu Victoria. Pokój zarezerwowaliśmy wcześniej (na stronach Air France), miał być z widokiem na ogród. Ogrodu przez pięć dni pobytu tam nie udało się zlokalizować. Zresztą, nawet jeśli tam był, to i tak nie dało się odsłonić żaluzji w oknie. O otwieraniu samego okna mowy nie było, ze względu na upał i hałas z ulicy (niesamowity gwar panuje od 6:00 do północy). Ale i tak pokój był w porządku. Spędziliśmy tu kolejne 4 noce. Na koniec zwiedzania Egiptu dołożyliśmy jeszcze jedną. Tu uwaga dla osób planujących swój pierwszy pobyt w kraju muzułmańskim: gość, który drze się w niebogłosy w środku nocy (ok. 21:00 i jeszcze raz ok. 4:00) nie jest jakimś tam śpiewającym podchmielonym jegomościem, tylko muezinem z najbliższego meczetu, wzywającym pobożnych muzułmanów do modlitwy. A że w centrum Kairu meczetów jest wiele, i każdy wyposażony w donośne głośniki, i każdy stara się odciąć od innych, nadając śpiewy o nieco innej porze – noce są naprawdę upojne!

 

Dzień drugi: niedziela, 20 maja 2007

Pora przyjrzeć się Kairowi z bliska. Zaczynamy klasycznie: Muzeum Egipskie. Wokół mnóstwo policji, wojska i wszelkiego rodzaju innych formacji umundurowanych i uzbrojonych. Także płotki i zasieki. A na ulicach progi zwalniające tak ogromne, że powstrzymałyby chyba napierające czołgi... Na podwórzu Muzeum tłum ganiających za biletem turystów (kasa jest tak sprytnie usytuowana, że po przejściu bramy, sporego podwórza i dojściu do budynku, trzeba się wrócić, żeby bilet zakupić – ale o tym mówią dopiero strażnicy przy bramkach z wykrywaczem metali w budynku... a więc wracasz bracie do bramy wejściowej). Kasa – tu kupujemy bilety (50LE) i oddajemy aparat na przechowanie (bezwzględnie!) niepewni, czy go jeszcze kiedyś zobaczymy. Wreszcie można wejść do środka, w którym urzeczywistniło się nasze wyobrażenie absolutnego chaosu. Zbiory poukładane bez większego ładu i składu. Na szczęście mapki z przewodnika trochę ułatwiły zadanie i zobaczyliśmy wszystko, co chcieliśmy, w tym kolekcję z grobu Tutenchamona. Na zakończenie jeszcze szybkie spojrzenie na mumie królewskie za jedyne 100 LE (gdybyśmy wtedy wiedzieli, że mumia pośrodku sali – to Hatszepsut! – ale to ogłoszono dopiero pod koniec czerwca) i po dwóch godzinach opuszczamy muzeum wychodząc na potęgujący się upał. Wchodzimy do metra. Samo nasze pojawienie się wprawiło Egipcjan (zwłaszcza Egipcjanki) w spore zdumienie – nie widzieliśmy żadnych innych białych osób w metrze przez cały dzień, choć jest to szybki i dobrze zorganizowany środek transportu, godny polecenia. Kurs na Kair koptyjski. Po wyjściu z kolejki zostaliśmy obfotografowani przez podrostków – przez chwilę poczuliśmy się jak gwiazdy filmu! Po prostu dla nich byliśmy nie lada atrakcją. Muzeum koptyjskie – kasa znów dobrze zamaskowana, choć mamy już wprawę i dość szybko ją odnajdujemy. Tym razem bilet kosztuje 40 LE (ktoś w przewodniku z 2005 roku napisał, że banknoty 100 i 50 funtowe praktycznie nie są używane. W 2007 roku praktycznie nie używaliśmy innych...). Muzeum dość ciekawe i dobrze zaaranżowane, choć eksponaty nie powalają na kolana. Czyli dokładne przeciwieństwo Muzeum Egipskiego. Zwiedzamy jeszcze kościoły: Zawieszony,św. Jerzego, św. Sergiusza, św. Barbary – wszystkie za darmo. Ogólnie dzielnica robi dość pozytywne wrażenie, na tle innych części Kairu, ale czas się zbierać. Znów do metra (wszelkie przejazdy po 1 LE), tym razem kierunek na Kair arabski. Dojechaliśmy do stacji Ataba, dalej na piechotę w kierunku Cytadeli, ponoć tak najlepiej zwiedza się dzielnice muzułmańskie. Gdybyśmy wiedzieli, jaki tam jest bród i smród, jak ogromne zainteresowanie (w niezbyt pozytywnym tego słowa znaczeniu) wzbudzą obcokrajowcy – chyba byśmy sobie tę część Kairu podarowali i po prostu dotarli do Cytadeli taksówką. Po około godzinie wędrówki dotarliśmy do Muzeum Muzułmańskiego tylko po to, by dowiedzieć się, że od lat jest zamknięte. Chcąc, niechcąc maszerujemy dalej. Po kolejnej godzinie nieprzyjemnego marszu gęsto zaludnionymi, zakurzonymi, często zalanymi ściekami ulicami (ile tu polskich „dużych fiatów” i „polonezów”!), otoczonymi walącymi się ruderami (w nich panowie spokojnie palący szisze – fajki wodne) docieramy pod Cytadelę. Tu niespodzianka – wejście jest po drugiej stronie obiektu, więc czeka nas kolejne pół godziny na piechotę. Cytadela stanowi świetny punkt widokowy na Kair (pierwszy raz widzimy w oddali, za mgłą piramidy – a więc one jednak istnieją!!!), meczet Muhammada Alego też piękny, warto wydać 40 LE, choć nie warto dać się naciągnąć policjantom turystycznym na bakszysz („bakszysz” – definicje: 1. to słowo arabskie, które wszystkim turystom śni się jeszcze długo po opuszczeniu Egiptu; 2. rodzaj sporego dodatku do pensji wielu Egipcjan, wypłacany bezpośrednio z kieszeni turysty, z pominięciem organów fiskalnych,) za udostępnienie „punktu widokowego” – te same widoki są po drugiej stronie meczetu z tarasu kawiarni, tu już bez bakszyszu. Mimo, że oficjalnie Cytadela czynna jest do 17:30 – już po 16:00 policjanci wygonili turystów. Na władzę nie poradzę! Bierzemy taksówkę i jedziemy na wyspę Zamalek, pod polską ambasadę (obowiązkowy punkt każdej wyprawy po stolicach świata). Na zrobienie zdjęcia nie pozwala nam jednak policjant, dlatego zdjęcie polskiej ambasady powstaje w stylu najlepszych snajperów: „z biodra”. Już tylko spacer do hotelu (średnio przyjemny po zakorkowanych ulicach, za to po raz pierwszy widok na Nil! Ale wielki!) i pierwszy dzień zwiedzania mamy za sobą. Z kierowcą taksówki, który zawiózł nas na Zamalek umówiliśmy się na drugi dzień na zwiedzanie piramid. Jeszcze tylko wędrujemy na dworzec kolejowy kupić bilety na środę do Luksoru: 75 LE od osoby. Z kupnem nie ma problemu, o ile uda się namierzyć kasę. Jest ich sporo, w kilku grupach, każda sprzedaje bilety w innym kierunku, informacji na okienkach żadnej. Najlepiej udać się najpierw do informacji turystycznej (nie kolejowej!) – tu są najlepiej zorientowani w temacie, a w dodatku znają angielski!

 

Dzień trzeci: poniedziałek, 21 maja 2007

Z poznanym dzień wcześniej taksówkarzem (w sumie okazał się chyba najporządniejszym z Egipcjan, jakiego spotkaliśmy, nigdy nie wspominał o jakimkolwiek bakszyszu, a w dodatku znał sporo słów po angielsku – rzadkość!) mkniemy jego mocno nadwerężonym Peugeotem w kierunku piramid. Oczywiście mamy mocne postanowienie o zobaczeniu wszystkich stożków, więc jedziemy najpierw do najdalszych w Dahszur. Tu kolejne zaskoczenie (ileż to ich przeżyliśmy w Egipcie!): na parkingu tylko dwie taksówki. Turyści autokarowi aż tak daleko się nie zapuszczają, a i indywidualni mają problemy z pokonaniem tej odległości. Ogólnie rzecz biorąc: więcej policjantów niż turystów. Możliwość zdjęcia z policjantami turystycznymi na wielbłądach (spory bakszysz wymagany).

zdjecie_25661
Autor zdjęcia: endrju_74

 

Bilety do Piramidy Czerwonej za jedyne 25 LE. W środku niezwykle duszno, a wędrówkę po stromych, ciasnych schodach czujemy w nogach jeszcze na drugi dzień. Wracając, przyglądamy się wiosce Dahszur, która na długo jeszcze pozostanie w pamięci jako absolutny szczyt ubóstwa. Nawet droga traci asfalt na odcinku przez wieś, a niesamowicie umorusane dzieci w poszarpanych łachmanach biegają za każdym przejeżdżającym samochodem, jak na polskiej wsi... w latach 70-tych. Jedziemy do Memfis, nędznych resztek dawnej stolicy Dolnego Egiptu. Tu też turyści zaglądają raczej rzadko. Bileciki po 30 LE, na placu zgromadzone trochę posągów, pod daszkiem leżący potężny posąg Ramzesa II. Teraz do Saqqary. Gdyby dało się przejechać odcinki między zabytkami z zamkniętymi oczami... Tymczasem w kanale przy drodze pływa sobie zdechła krowa... I nikomu to nie przeszkadza! W Saqqarze niespodzianek ciąg dalszy. Otóż w tak zwanym międzyczasie udało się Egipcjanom wybudować nowe muzeum Imhotepa – architekta królewskiego. A więc jeszcze przed dojściem do piramid zwiedzamy ciekawą ekspozycję z dobrze orientującym się w temacie przewodnikiem egipskim (jego usługi płatne dodatkowo 15 LE, sam bilecik, łączny do muzeum i piramid: 50 LE). Po zwiedzeniu jedziemy prosto pod kompleks grobowy Dżesera. Robi mocne wrażenie, gdyby nie ci naciągacze... Za samo zdjęcie na osiołku zażyczyli sobie 20 LE!

zdjecie_25662
Autor zdjęcia: endrju_74

 

Koniecznie trzeba targować się i ustalić cenę przed zdjęciami, czy ujeżdżaniem wielbłąda tudzież innego osła!

zdjecie_25663
Autor zdjęcia: endrju_74

 

No i wreszcie przyszedł czas na gwóźdź programu – wyjazd do Gizy, prosto pod piramidy. Oj chudnie tu portfel w zastraszającym tempie, oj chudnie!!! Sam wjazd na teren taksówką kosztuje 20 LE, potem bileciki dla zwiedzających po 50 LE, a za wejście do jednej z piramid: 100 LE!!! Szczerze piszę: do piramidy, choćby nawet nazywała się Cheopsa, czy innego Chefrena – wchodzić nie warto! Całe wyposażenie jest przecież w muzeach, a jeśli w dodatku było się wcześniej w piramidzie w Dahszur – to już w ogóle kupowanie biletu za 100 LE jest czystą rozrzutnością. Mimo to weszliśmy... Najciekawszym punktem zwiedzania kompleksu piramid była wizyta na punkcie widokowym, mocno obleganym przez japończyków z kamerami. Świetny widok na wszystkie piramidy i cały ten zgiełk je otaczający. Stąd zjazd prosto do stóp Sfinksa. Wszystko, z czego słynie Egipt na wyciągnięcie ręki!!! Pomiędzy tobą a piramidami jedynie... naciągacze, od których można na przykład usłyszeć niemal czystą polszczyzną „za darmo umarło”! To był dzień pełen wrażeń i piekącego słońca. Za całą wyprawę zapłaciliśmy kierowcy 250 LE i umówiliśmy się na środę, na wyjazd w okolice Al-Fajum, na pustynię.

 

Dzień czwarty: wtorek, 22 maja 2007

O 8:00 rano ruszamy pociągiem do Aleksandrii (bilet na drugą klasę 25 LE). Tu próbujemy się dogadać z taksówkarzami (po angielsku znają tylko słowo „money” i kilka liczebników) co do podróży do Al-Alamain, czyli najbardziej na wschód położonego punktu, jaki w czasie drugiej wojny światowej udało się osiągnąć wojskom niemieckim. Ale potem Anglicy wzmocnili siły, poza tym dzięki rozszyfrowanej przez naszych Enigmie dowiedzieli się, kiedy dowódca niemieckich Afryka Korps, Lew Pustyni,  E. Rommel wybiera się do Włoch na operację, no i... udana kontrofensywa odrzuciła Niemców od Aleksandrii, a po kilku miesiącach Niemcy w ogóle wycofali się z Afryki. O ile z uzgodnieniem trasy do Al-Alamain nie ma problemu – wszyscy kierowcy wiedzą, gdzie to jest, o tyle wyjazd do klasztoru Abu Mena staje pod znakiem zapytania. Dopiero po długich poszukiwaniach znalazł się kierowca, który wiedział mniej więcej jak tam dojechać. Później okazało się, że nie do końca była to prawda, a szofer przez całą drogę próbował podnosić cenę, bo przecież cały czas myśli, jak dojechać do klasztoru. Uff.... A w ogóle to klasztor ów arabowie nazywają Dajr Mari Mina. Po dwóch godzinach jazdy wzdłuż Morza Śródziemnego, które pojawia się z rzadka, docieramy do cmentarza w Al-Alamain. Mimo bliskości autostrady na nekropolii cisza przejmująca. Równo, pod linijkę, ustawione groby, wśród nich mogiły dziewięciu Polaków. My odnajdujemy pięciu. Jeszcze krótkie wizyty przy monumentach poświęconych żołnierzom australijskim i południowoafrykańskim i idziemy do muzeum (5 LE, szczyt taniości!). Ma ono wystrój z lat siedemdziesiątych, ale i tak wiele ciekawych informacji (w czterech językach) w nim się znajduje. Wokół budynku sporo zniszczonego sprzętu wojskowego, choć w znacznej części z czasów późniejszych, niż II wojna światowa (głównie z czasów wojny z Izraelem o Synaj). Wracamy w stronę Aleksandrii, by w Burg al-Arab odbić na południe i wśród nieciekawego, mocno przekształconego i zrujnowanego krajobrazu dotrzeć do klasztoru koptyjskiego Abu Mena. Nowy klasztor stanowił będzie nie lada gratkę dla osób gustujących w obiektach stylu pompastyczno – megalomańskiego, typu bazylika w Licheniu. My jednak postanowiliśmy odnaleźć ruiny starego klasztoru św. Menasa , ale niestety nie udało się. Nikt w klasztorze nie mówił po angielsku, nie znaleźliśmy więc płaszczyzny porozumienia, i nikt nam drogi nie wskazał. Dopiero po powrocie do hotelu, buszując w internecie na stronach UNESCO udało się namierzyć ruiny: wystarczyło z parkingu pod nowym klasztorem wrócić do pierwszej bramy i dalej na piechotę iść na południe wzdłuż muru. Może jeszcze kiedyś... Po zwiedzeniu klasztoru wracamy do Aleksandrii. Po kolejnych negocjacjach dajemy taksiarzowi 300 LE i nieco podenerwowani zachowaniem gościa postanawiamy zwiedzić miasto. Okazało się jednak, że zgubiliśmy dekielek od obiektywu aparatu. Jego poszukiwania (zakończone klęską) zajęły tyle czasu, że zaledwie przemaszerowaliśmy przez Aleksandrię nad Morze Śródziemne (po drodze szybkie spojrzenie na pozostałości rzymskiego amfiteatru) i z powrotem, i już czekał na nas pociąg (kolejne 25 LE od osoby) do Kairu. Kolejny wielce udany dzień.

 

Dzień piąty: środa, 23 maja 2007

Znowu wcześnie wstajemy (jak to na urlopie...) aby podążyć na południe, ku Saharze. Naszym celem jest Wadi al-Hitan – Dolina Wielorybów, której – jak się okazało – nigdy nie osiągnęliśmy. Ale i tak było fajnie. Po trzech godzinach jazdy z Kairu, minięciu niezliczonej ilości punktów policyjnych, objechaniu jeziora Qarun z dwóch stron, dotarliśmy do bramy rezerwatu Wadi Rayan. Tu uiściliśmy opłatę za wstęp na rzecz National Parks of Egypt (z tą instytucją mieliśmy się jeszcze spotkać). Za jedyne 3 dolary amerykańskie dostaliśmy bardzo dokładne mapy terenu i dobrze opracowane informacje na temat terenu (jeden jedyny raz w Egipcie!). Niestety, tu dostaliśmy także wiadomość, że do celu naszej podróży – Wadi al-Hitan dojechać się nie da ze względu na wiosenne burze piaskowe, które zasypały drogę i jeszcze jej nie odnaleziono (słowo „droga” w tym przypadku oznaczało pas pustyni obramowany sporymi kamieniami). Dla naszego kierowcy (tego samego, co dwa dni wcześniej pod piramidami) oznaczało to koniec podróży. Udało nam się go jednak namówić, by podjechał do sztucznych jezior – tu droga jeszcze istniała, choć miejscami mocno zanikała pod zwałami piachu. Z zapowiadanych  tłumów turystów oczom naszym ukazał się jedynie policjant turystyczny z nieodłącznym „kałachem” i kilku innych, zatrudnionych na miejscu Egipcjan. Pospacerowaliśmy trochę nad jeziorami, doszliśmy do wodospadów łączących je, następnie (po długich błaganiach) dojechaliśmy do skał El-Mudawara mad Jeziorem Dolnym – super widoki na oba sztuczne jeziorka w środku najprawdziwszej pustyni!!!

zdjecie_25665
Autor zdjęcia: endrju_74

 

Tu zrozumieliśmy, co znaczy zasypana droga. Mimo, że ta, którą jechaliśmy była asfaltowa – asfaltu mało co było widać, a po drodze spotkaliśmy potężnego buldożera, usuwającego piach z drogi. Ledwo wytyczony szlak do Wadi al-Hitan pewnie zniknął pod zwałami piachu... Co prawda w parkowej ulotce znaleźliśmy informację, że na dojazd do Doliny Wielorybów nie potrzeba samochodu z napędem na cztery koła, ale jesteśmy pewni, że nawet taki nie dałby sobie rady... Ta wyprawa kosztowała nas 400 LE. Popołudnie spędziliśmy nudząc się w hotelu – nasz pociąg do Luksoru odjeżdżał dopiero o 22:00, więc zabijaliśmy czas w hotelowej restauracji grając w  karty.

 

Dzień szósty: czwartek, 24 maja 2007

Z zaledwie pół godzinnym opóźnieniem docieramy padnięci do Luksoru. Na dworcu oczywiście otacza nas tłum naganiaczy. Dzielnie odpierając ataki docieramy pieszo do hotelu Mercure Inn (zarezerwowany wcześniej na stronach naszego banku Lloyds TSB – ceny w internecie były sporo niższe od cen wywieszonych w recepcji, zarówno w tym hotelu, jak i wszystkich pozostałych). Po krótkiej drzemce ruszamy taksówką do Karnaku. Świątynia (50 LE), a w zasadzie kolos świątynny, robi na nas niesamowite wrażenie. Od razu na wstępie ustalamy, że nie jesteśmy w stanie zobaczyć wszystkiego, więc ograniczamy się do najważniejszych obiektów. Po trzech godzinach zwiedzania padamy zmęczeni w kawiarni. Ceny tu obowiązujące szybko nas jednak stawiają z powrotem na nogi. Ruszamy w drogę powrotną do Luksoru, tym razem na piechotę wzdłuż Nilu, co kilka sekund nagabywani przez taksówkarzy, bądź woźniców słynnych calleche (rodzaj powozu konnego). Znów jesteśmy twardzi, znów nie dajemy się nakłonić do wydania kasy, realizujemy plan własny, choć pot po plecach płynie, a nerwy ledwo ledwo na uwięzi. Zaglądamy do Muzeum Luksorskiego (70 LE), w którym, jak we wszystkich innych muzeach i piramidach, przy wejściu należy oddać aparat fotograficzny. Szeroko opisywane w przewodniku Pascala pozwolenia na fotografowanie chyba zakończyły swój żywot. Choć nie, przetrwały w formie nieoficjalnej w kilku miejscach, w których przedsiębiorczy strażnicy sami namawiają na „foto, foto”, wyłudzając potem ogromne bakszysze! Niedawny remont muzeum i zmiana ekspozycji nadały mu bardzo cywilizowany (w rozumieniu europejskim) wygląd. To jedno z niewielu takich miejsc Egipcie i choćby dlatego warto tu zajrzeć. Po obejrzeniu muzeum, mimo palącego słońca idziemy do świątyni luksorskiej  (40 LE). W zwiedzaniu przeszkadza mocno niesamowity upał, więc dość szybko uciekamy z powrotem do klimatyzowanego pokoju hotelowego. Wieczorem oglądamy taniec brzucha (czy wszystkie tancerki są takie... tęgie?) i taniec derwisza zorganizowane przez hotel w ramach umilania życia gościom hotelowym.

zdjecie_25666
Autor zdjęcia: endrju_74

 

 

Dzień siódmy: piątek, 25 maja 2007

Znów pobudka z samego rana. Dziś mamy w planie Dolinę Królów, w której ponoć trudno o jakikolwiek cień, więc trzeba wstać wcześnie. Przed hotelem taksówkarze zabijają się o klienta, my jednak mamy samochód umówiony dzień wcześniej. Taksówka na cały dzień będzie nas kosztować 100 LE. Kierowca mówi dość dobrze po angielsku, poza tym jest bardzo obrotny, co ułatwia nam nieco zwiedzanie, choć każe nam też zachować sporą ostrożność wobec jego sprytu. Mkniemy przez most na południe od Luksoru (jak wszyscy; nie spotkaliśmy nikogo, kto przeprawiałby się promem w Luksorze, czyli trasą podawaną w przewodniku) prosto do punktu kasowego u wylotu doliny. Tu kolejna zmiana w stosunku do tego, co wyczytaliśmy wcześniej. Każdy z obiektów ma swoją kasę, nie ma jednego punktu na wstępie do „zachodniego brzegu”, gdzie koniecznie trzeba się określić, co się będzie zwiedzać (tak podaje Pascalowy „Egipt”). A zatem kupujemy bilety do Doliny (70 LE wejście do trzech grobowców + 4 LE obowiązkowo za przejazd kolejką) i osobno bilety do grobowca Tutenchamona (80 LE). Dolina Królów jest miejscem niesamowitym. Sucha jak pieprz, otoczona strzelistymi skałami, naszpikowana jest wejściami do rozlicznych grobowców (większość zamknięta dla turystów). Jednak jest cień! Zapewnia go daszek tarasu widokowego przez grobowcem Tutenchamona. Największe wrażenie przed wejściem do jakiegokolwiek grobowca robią policjanci w cywilu pałętający się po dolinie dla „podwyższenia poczucia bezpieczeństwa”. Są to przeważnie młodzi chłystkowie, którzy znudzeni ciągną za sobą na paskach sponiewierane „kałachy”... W Egipcie nawet słowo „bezpieczeństwo” ma inne znaczenie... Zaczynamy zwiedzanie. Wchodzimy najpierw do grobowca Tutenchamona (ta sama sytuacja, co w Gizie z piramidami: wejście do innych grobowców w zupełności wystarcza, wchodzenie do Tutenchamona jest zbyteczne, to tylko rozrzutność, choć później można się znajomym pochwalić, że „u Tutenchamona się było!”), później Ramzesa III, Siptah, a na koniec, na samym krańcu doliny, po drabinie wdrapujemy się do niezwykle dusznej komory grobowej Thotmesa III.

zdjecie_25667
Autor zdjęcia: endrju_74

 

Prawdę mówiąc bardziej spociliśmy się we wszystkich tych komorach, niż na zewnątrz, mimo panującego okrutnego upału. Ciuchcią (zwaną pieszczotliwie Taftafem) wracamy do taksówki. Teraz kolej na świątynię Hatszepsut. Tu znowu Taftaf podwozi nas od kasy do świątyni, z tym, ze tym razem jest to wliczone w cenę biletu (25 LE). Miała Hatszepsut i jej architekci głowę, żeby świątynię w takim miejscu budować: amfiteatr, z trzech stron otoczony wysokimi ścianami gór. Piękno w najczystszej postaci. Choć w żaden sposób nie może to usprawiedliwić zaporowych cen obowiązujących w kawiarni! Na zboczach doliny znajduje się jeszcze kilka innych pomniejszych stanowisk archeologicznych (głównie grobowców i mniejszych świątyń), ich zwiedzania podejmują się tylko najtwardsi, pokonując różne bariery, najczęściej w postaci policjantów niechętnie patrzących na turystów zbaczających z utartych szlaków. Po wizycie u królowej próbujemy zatrzymać się przy Ramesseum, ale kierowca mówi, że nie warto, lepiej od razu jechać do świątyni Madinat Habu. Tak też robimy. My na zwiedzanie, kierowca na modły, bo to przecież piątek, dzień dla muzułmanina święty, niczym dla nas niedziela. Kolejna świątynia (25 LE) niezwykłej urody. Czy pamiętamy jeszcze, co w której świątyni widzieliśmy? Pamięć powoli nie wytrzymuje obciążenia zabójczą dawką informacji, widoków, imion bogów, imion władców, cen biletów... uff, czas, czas dla trenera!!! Po zwiedzeniu świątyni idziemy na umówione z kierowcą miejsce, gdzie okazuje się, że modlił się... nad sziszą, z kolegami. Wiernych tego typu pełno w każdej religii! Niechętnie, ale jednak przystaje na pomysł z odwiedzeniem dla odmiany Doliny Królowych (25 LE). Kontrast z Królami niezwykły: tam tłumy ludzi, tu tylko my i kilku wszędobylskich Japończyków. No, i kilku naganiaczy, ale do nich powoli przywykamy. Wchodzimy do trzech otwartych grobowców. Na zakończenie wizyta przy Kolosach Memnona, z którymi czas obszedł się raczej okrutnie. Ogłaszamy koniec zwiedzania. Znów oponuje kierowca: koniecznie musimy jeszcze jechać do Instytutu Papirusu. Mimo, że wiemy, że ta propozycja nie jest bezinteresowna (kierowca dostanie prowizję od zakupionych przez nas pamiątek) – ulegamy. I warto było, bo zobaczyliśmy, jak papirus powstaje, a rozmaitość obrazków malowanych na papirusie była wręcz imponująca. My co prawda wychodzimy bogatsi o kilkanaście papirusów, ale nasz portfel dziwnie szczupły... Tym razem to już naprawdę koniec zwiedzania zachodniego brzegu. Wracamy do Luksoru, by przygotować się na spektakl „Światło i Dźwięk” w Karnaku. Jedziemy tam powozem zwanym calleche. Wersja angielska zaczyna się o 20:00 i kosztuje 75 LE. Ale warta jest i większych pieniędzy, bo wrażenia niesamowite. Nawet obsługa profesjonalna (w tym panowie z karabinami), wskazuje miejsca, skąd najlepiej widać oświetlone budowle. Gdy okazuje się, że za tę przysługę nie chcą bakszyszu początkowa nieufność mija tak szybko, jak świetność Egiptu ,i wszyscy całkowicie oddają się widowisku. Pierwsza część to wędrówka wśród murów świątyni, następnie zasiadamy na trybunach za Świętym Jeziorem i stąd obserwujemy ruiny w różnokolorowym świetle. Może tylko komentarze z głośników przydługie, za to można poznać historię całego Górnego Egiptu, ze szczególnym uwzględnieniem czasów Hatszepsut i Tutenchamona (to chyba najczęściej wspominany król, choć tak niewiele zrobił i tak krótko rządził...).

 

Dzień ósmy: sobota, 26 maja 2007

Ten dzień zaczął się pechowo. Już wcześniej planowaliśmy podróż z Luksoru do Asuanu statkiem, jednakże okazało się, że rejs taki trwa co najmniej trzy noce i dwa dni (a nie dwie noce i dzień, jak liczyliśmy), więc z bólem, bo z bólem, ale zdecydowaliśmy się na pociąg. Bilety kupiliśmy dzień wcześniej, pociąg do Asuanu na godz. 9:00. Gdy dotarliśmy na stację tuż przed czasem – odjechał pociąg, ale z godz. 6:00... Nie było to dobry prognostyk na przyszłość. Wkrótce obawy sprawdziły się – nasz pociąg też spóźnił się o 3 godziny, w dodatku na odcinku Luksor - Asuan jeszcze zwiększył opóźnienie. Przynajmniej w tym nasze kraje nie różnią się od siebie... W każdym razie: niech żyją koleje egipskie! Do Asuanu dotarliśmy już po południu, więc tego dnia nie mogliśmy już zwiedzić zbyt wiele. Powędrowaliśmy (ku rozpaczy taksówkarzy) zatem do Hotelu Isis. Warunki jak na hotel 4-ro gwiazdkowy podłe, za to kuchnia – najlepsza w Egipcie. I obsługa restauracji nienachalna. W hotelu zakupiliśmy wycieczkę do Abu Simbel na dzień następny (100 LE ze zwiedzaniem Wielkiej Tamy i wyspy File), po czym spacerkiem dotarliśmy pod Muzeum Nubijskie, obiekt niezwykle wart polecenia, i to za jedyne 40 LE. Czynne jest do godz. 21:00 (z przerwą w środku dnia), więc nawet po zwiedzaniu okolicy można tu zajrzeć, choćby po ciemku – wszystko pięknie oświetlone.

 

Dzień dziewiąty: niedziela, 27 maja 2007

Wstajemy wściekle rano, i już o 3:00 wsiadamy do zatłoczonego busa. Jedziemy na punkt kontrolny, gdzie ma się zbierać konwój jadący na południe (tereny od Asuanu do granicy z Sudanem dostępne są ponoć dla turystów tylko w ten sposób). Ten cały konwój to jedna wielka ściema – każdy jedzie sobie na własną rękę. Wszystkie pojazdy są rejestrowane na punkcie kontrolnym (wraz z liczbą i pochodzeniem pasażerów) i puszczane wolno. Jednak co jakiś czas znajdują się punkty kontrolne i na nich są sprawdzane dane podawane przez radio z Asuanu. Ot, cały szumny konwój. Znając zamiłowanie policjantów i strażników do bakszyszu pewnie nie byłoby trudności kogoś przemycić w tym „konwoju”... Około 8:30 dojeżdżamy do Abu Simbel. Kierowca busa daje nam dwie godziny na zwiedzanie. Jak się okazało, z połową tego czasu nie bardzo jest co robić... Od parkingu, poprzez kasy (bilecik: 70 LE) docieramy na brzeg Jeziora Nassera. Tu znajdują się dwie świątynie: symbole kunsztu architektów starożytnych, ale także tych bardziej nam współczesnych, jako, że w latach 70-tych świątynie przeniesiono z terenów zalanych później przez jezioro na obecne miejsce (całą operacją przeniesienia świątyń kierował Polak!). Patrząc na fasady – wszystko wydaje się być oryginalne, wystarczy jednak odejść kilka kroków w bok i od razu widać, że ściana skalna z wejściami do obiektów powstała sztucznie, że zaraz za zrekonstruowaną górą (tak tak!) jest kopuła, zgrabnie przysypana piaskiem, otulająca bezcenne wnętrza. W środku świątyni szok – strażnik wygonił jakiegoś Polaka robiącego zdjęcia! Nawet magiczne słówko „bakszysz” nie pomogło!! Tu spotkaliśmy pierwszego (i ostatniego, jak się okazało) egipskiego (czy raczej nubijskiego) służbistę. Pełni wrażeń i podziwu dla budowniczych z obu epok wracamy do Asuanu. Po obiedzie ciąg dalszy zwiedzania. Tym razem jedziemy na Wielka Tamę. Za samo wyjście z busa na parking płacimy bilety, na szczęście niedrogie (8 LE). Tama jest tak szeroka, że trudno dostrzec i ocenić jej wielkość. Po obu jej końcach umocnione posterunki wojskowe, pełno wojska również widać na otaczających wzgórzach. Następnie płyniemy na wyspę File. Świątynia (40 LE) niezaprzeczalnie piękna, mąci nam i tak już mocno zagmatwany obraz tego, co do tej pory widzieliśmy.

zdjecie_25668
Autor zdjęcia: endrju_74

 

Dla kogo została wybudowana? Jedyna nadzieja w zdjęciach – może one później pozwolą nam na zidentyfikowanie tych obiektów, które zwiedziliśmy...

Wracamy do hotelu.

 

Dzień dziesiąty: poniedziałek, 28 maja 2007

Rano idziemy na pociąg do Luksoru (35 LE). O dziwo – odjeżdża punktualnie. W Luksorze staramy się odnaleźć dworzec autobusowy, ale w miejscu, w którym zaznaczono go na mapce w przewodniku zastajemy tylko kupę gruzu. Okazuje się, że nowy dworzec wybudowano ok. 10 km za miastem (w okolicach lotniska) i większość autobusów dalekobieżnych do miasta już nie wjeżdża. Chcąc, nie chcąc bierzemy taksówkę (30 LE). Na dworcu obsługa ledwo zna angielski, ale po dłuższej pantomimie udaje się jednak kupić bilety do Hurghady (30 LE). Zasłyszane wcześniej tu i ówdzie informacje o konieczności podróżowania na tej trasie w konwoju okazują się nieprawdziwe, a i posterunek policyjny na trasie przez pustynię był tylko jeden! Nawet wieści o tym, że w autobusie kursowym może być co najwyżej czworo obcokrajowców okazują się bujdą. Ponadto osiągnęliśmy już taką perfekcję w języku ciała z rzadka przerywanym pojedynczymi słówkami angielskimi, że na dworcu udało nam się dowiedzieć też, że w Hurghadzie powinniśmy być ok. 18:00, czyli po 5 godz. jazdy. Mielibyśmy zatem czas na szukanie hotelu, bowiem tym razem nie zarezerwowaliśmy go wcześniej, ze względu na wysokie ceny, nawet w internecie. Jakże złudne były to nadzieje. Beduin kierujący autobusem należał do osób nie uznających pośpiechu i w Hurghadzie wylądowaliśmy (wspólnie z parą z Holandii i innymi turystami z różnych części świata) ok. 21:00. Oczywiście po zmroku (ściemnia się już ok. 19:00) kierowca świateł nie używał, bo przecież gdy jeździ wielbłądami, to wielbłąd świateł nie ma, więc on musi widzieć po ciemku, żeby wiedzieć, w którą stronę wielbłąda prowadzić. No, a jeśli włączy światła w autobusie – tylko wzrok sobie zepsuje! Logiczne! O konieczności ostrzeżenia innych kierowców o swoim pojawieniu się na drodze nie wspominał.... Zresztą inni brali przykład z naszego ujeżdżacza wielbłądów i także jeździli bez świateł. Czasem tylko któryś kurtuazyjnie błysnął, dając znak, że będzie wyprzedzał. W dodatku autobus, wbrew zapowiedziom, był komfortowy tylko jak na warunki egipskie, brak klimatyzacji mocno dawał się nam we znaki. Tak więc niczym Latający Holender mknęliśmy przez pustynię. W Hurgadzie zdecydowaliśmy się na nocleg w hotelu proponowanym przez naganiaczy. Były to najgorsze warunki. w jakich kiedykolwiek spaliśmy (wliczając w to częste gęste noclegi pod namiotem, czy wręcz „pod chmurką”...). Za to jedzenie, przygotowywane dosłownie za naszymi plecami, dość dobre. Jeśliby ktoś podążał naszymi śladami i potrzebował porady: z Kairu jedźcie prosto do Asuanu, po zwiedzeniu tamtych okolic wróćcie do Luksoru, po zwiedzeniu którego można szybciej i mniej nerwowo przenieść się nad Morze Czerwone. Myśmy popełnili błąd w tem temacie, ale człowiek uczy się na błędach. Szkoda, że swoich...

 

Dzień jedenasty: wtorek, 29 maja 2007

Znowu pobudka o szalonej, jak na urlopowy wypoczynek, porze. Jedziemy do portu taksówką, prawie nowym Daewoo. Szok!!! Po tym, co widzieliśmy w Kairze... No, ale Hurghada to kurort pełen turystów rosyjskojęzycznych, którzy chcąc się pokazać, bez szemrania i zbędnych negocjacji płacą żądane przez kierowców stawki. Docieramy do portu, kupujemy bilety na prom do Szarm asz Szajch (pływa codziennie oprócz czwartku, o 9:00, kosztuje 250 LE) i po przeciągającej się odprawie siadamy wreszcie w wygodnych siedzeniach katamaranu. Jego prędkość wprawia nas w zachwyt! Z Hurghady do Szarm w niecałe półtorej godziny! W porcie w Szarm znowu otacza nas tłum naganiaczy. Chcemy jechać prosto do klasztoru Św. Katarzyny, aby od razu zdobyć górę Synaj, lecz kierowcy trochę kręcą nosem i rzucają ceny powalające na kolana. Decydujemy się zatem (za radą Holendrów, z którymi wciąż podróżujemy) na podróż busem do Dahabu (35 LE), gdzie busik wjeżdża prosto na teren pozytywnie zakręconej „wioski hotelowej” Bishbishi. Miejsce godne polecenia, choć niektórzy z młodej obsługi są zanadto wyluzowani. Niektórzy pasażerowie busa mocno zaskoczeni obrotem spraw (chcieli do Dahabu, ale nie do tego hotelu, mając już inne rezerwacje) protestują przeciwko przymusowi pozostania w hotelu, do którego ich przywieziono, okazuje się jednak, że jeśli ktoś nie chce tu zostać – zostanie odwieziony do żądanego miejsca. Chwyt marketingowy jest jednak efektywny – z 14 osób z busa na miejscu w Bishbishi pozostaje 12. W recepcji kupujemy wycieczkę na Górę Synaj, co oznacza kolejne wczesne wstawanie. Tym razem wyruszymy już o godz. 23:00.

 

Dzień dwunasty: środa, 30 maja 2007

Po dwóch godzinach jazdy przez noc, po minięciu ogromnej ilości posterunków kontrolnych policji, wojska, Bóg wie jakich jeszcze formacji, dodatkowo wspieranych przez obserwatorów z ONZ (Synaj wciąż pamięta wojny egipsko – izraelskie z lat 70 i 80–tych) docieramy w pobliże klasztoru św. Katarzyny. Po drodze po raz drugi mamy do czynienia z National Parks of Egypt, bowiem teren wokół wioski Św. Katarzyna jest chroniony, co przejawia się właściwie jedynie koniecznością zakupu biletów w cenie dolarów amerykańskich 3. Z parkingu pod klasztorem niezwykle zapyloną ścieżką, wśród setek czekających na klienta cierpliwych wielbłądów z ich mniej cierpliwymi właścicielami, wspinamy się śladami Mojżesza na Górę Synaj. Mimo, że naukowcy nie są zgodni, czy to właśnie tu Mojżesz otrzymał tablice z 10 przykazaniami (wskazywane są jeszcze dwie inne góry), parcie turystyczne do zdobycia góry i to jeszcze przed wschodem słońca jest ogromne. Przeciskając się między tłumami turystów coraz stromiej ścieżką, już nie pylistą a skalistą, po trzech godzinach męczącej drogi stajemy na szczycie. Porywisty, zimny wiatr przekonuje nas do wypożyczenia koca od przyjaznego Beduina za „jedyne” 20 LE. Próbujemy się przespać do wschodu słońca, ale silny wiatr i padający co chwila deszcz (w Egipcie deszcze też są możliwe!) uniemożliwiają nam to. Wschód słońca, ze względu na spore zachmurzenie, nie jest tak imponujący, jak się spodziewaliśmy, ale krajobrazy i tak niesamowite. A nam wysiadają baterie w aparacie, a ładowarka została w Anglii... Pozostaje nam tylko nędzny aparat w telefonie. Schodząc z powrotem do klasztoru przekonujemy się, dlaczego na górę większość wchodzi po ciemku. Za dnia spora część turystów wycofałaby się ze względu na wysokość góry i spore przepaście wokół. Do klasztoru docieramy jeszcze przed jego otwarciem o 9:00. Nasz „angielskojęzyczny” (czy w ogóle go ktoś rozumiał?) przewodnik z Bishbishi sprytnie się zagubił w tłumie, więc klasztor zwiedzamy na własną rękę, podsłuchując przewodników innych grup, domyślając się bardziej, niż wiedząc, gdzie znajduje się słynny płonący krzew Mojżesza. Z klasztoru szybko do busa, busem też szybko (nie licząc posterunków) do Dahabu. Tu pakujemy się i kolejnym busem tylko dla nas (za tę przyjemność płacimy całe 100 LE, choć cena wyjściowa brzmiała 300 LE) jedziemy do Szarm. Wcześniej zarezerwowaliśmy hotel Amar Sina, wypełniony w połowie, za to samymi Polakami. Padamy ze zmęczenia po nocnej wspinaczce i postanawiamy następny dzień przeznaczyć tylko na leniuchowanie w hotelowym basenie.

 

Dzień trzynasty: czwartek, 31 maja 2007

Jako się rzekło – leniuchowanie przy i w hotelowym basenie. Najdłuższą wyprawą było wyjście do przyhotelowego sklepu. I tyle. Wspominamy to, co widzieliśmy już w Egipcie. Zastanawiamy się nad stylem życia w tym kraju, jakże różnym od naszego. Słowo cywilizacja nabiera tu totalnie innego znaczenia. Trudno też oprzeć się wrażeniu, że Egipt to co miał do zaoferowania światu – zrobił to kilka tysięcy lat temu. Dziś jest zaledwie kiepską karykaturą dawnego potężnego państwa. A wszystko to przy tak ogromnym potencjale: zyski z ropy i gazu (podczas podróży z Aleksandrii do Al-Alamain zakłady i instalacje przemysłu naftowego ciągnęły się przez dziesiątki kilometrów; urody krajobrazowi to nie daje, ale wpływy do państwowej kasy zapewne ogromne), zyski z turystyki, a mimo to ubóstwo wyzierające z każdego kąta. Zastanawiamy się także nad rolą kobiety w świecie islamskim: wspominamy sytuacje, w których żonie aż nadto dano do zrozumienia, że nie ma w kraju muzułmańskim praw żadnych. Najbardziej dobitnie przy świątyni Hatszepsut, gdzie kilkakrotna prośba żony o wodę, wypowiedziana prosto w twarz sprzedawcy spowodowała tylko jego odwrócenie się w moją stronę z uprzejmym pytaniem „co podać?”. Kolejny wątek, o którym gawędzimy, to słynny bakszysz. Przy opisie dnia drugiego podaliśmy pewne definicje, wynikają one jednak z własnych obserwacji, a nie ze stanu faktycznego. Bakszysz jest bowiem jałmużną dla biednych, znaną ponoć w całym świecie muzułmańskim od wieków. Ostatnie jednak czasy doprowadziły do pewnej modyfikacji bakszyszu, być może tylko na ziemiach egipskich. Otóż modyfikacja polega na tym, że „ofiarodawcą” (czy też, jak kto woli: „ofiarą”...) jest zagraniczny turysta, „przyjmującym” Egipcjanin, niezależnie od stanowiska i sytuacji majątkowej. O bakszysz byliśmy nagabywani wszędzie. Policjant, pozujący do zdjęcia na wielbłądzie; strażnik piramidy, za przechowanie aparatu fotograficznego na czas zwiedzania wnętrza (choć to nakaz odgórny, a on ma za pilnowanie państwową pensję, ale tu uwaga: grupa z Francji, zwiedzająca razem z nami, była mocno zaskoczona, gdy strażnik oddał im aparat, ale za zwrot karty pamięci, którą w międzyczasie wyciągnął z aparatu, zażądał 100 LE!!!); strażnik świątynny pokazując, która z postaci namalowanych na ścianie jest przedstawieniem boga, o którego pytamy; strażnik w meczecie za pilnowanie butów; woźnica calleche (po zapłaceniu umówionej stawki – na karmę dla konia); policjant turystyczny, wskazujący właściwą kasę na dworcu; strażnik świątynny, namawiający do zrobienia zdjęcia w miejscu, gdzie tego robić nie wolno; dziecko, które zauważyło, że zrobiliśmy zdjęcie jego osiołkowi, policjant turystyczny, wskazujący dogodne miejsce do zrobienia zdjęcia  – wszyscy oni dopominają się głośno bakszyszu. I choć zaraz na początku zwiedzania człowieka chce trafić od tego ciągłego nagabywania, do sprawy trzeba podejść spokojnie i po prostu z uśmiechem ignorować natrętów. Myśmy czasami dawali bakszysz, ale tylko tym, którzy nie byli zbyt nachalni. I zapewniamy, że jeśli dacie 1 LE bakszyszu (o takich kwotach można przeczytać w przewodnikach i na stronach wydziału turystyki Ambasady Egiptu w Warszawie), to tylko rozzłościcie „przyjmującego”! Krótko mówiąc ofiara poniżej 5 LE w grę nie wchodzi. Trzeba jednak pamiętać, że takie zachowanie rodzi się z niesamowitego ubóstwa, obecnego w tym kraju na każdym kroku. A efekt „zjawiska bakszyszu” jest widoczny gołym okiem: turyści biegiem uciekają bowiem z miejsca, w którym nagle pojawił się Egipcjanin, próbujący w czymkolwiek pomóc. I to nawet przy najczystszych – niematerialnych jego chęciach. Ot, Egipt, kraj marzeń!

Po tych rozważaniach, w hotelowej recepcji wypytujemy o możliwości dotarcia do Parku Narodowego Ras Muhammad. Co prawda chcemy tam dotrzeć od strony lądu, ale ogarnięci błogim lenistwem godzimy się na udział w całodniowej wycieczce statkiem (100 LE).

 

Dzień czternasty: piątek, 1 czerwca 2007

Mimo, że obsługa hotelu zapomina o tym, że jedziemy na organizowaną przez nich wycieczkę, z niewielkim tylko opóźnieniem docieramy do portu, w którym zacumowały dziesiątki, jeśli nie setki podobnych statków. Nasz opiekun z hotelu w sobie tylko znany sposób znajduje właściwy statek, wypełniony przede wszystkim Rosjanami, poza tym kilkoma Włochami i Polakami, i wypływamy. Nasz opiekun i przewodnik na statku zdaje się znać wszelkie języki świata. Oprócz swojego arabskiego dogaduje się także po rosyjsku, włosku, niemiecku, angielsku, ba, zna także kilka słów po polsku!! Później okazuje się, że w zasadzie w każdym języku zna tylko po kilka słów, resztę nadrabia dobrą miną. Podróż w okolice Ras Muhammad trwa ok. półtorej godziny. Tu statek robi postój, aby wszyscy chętni mogli wskoczyć do wody i obejrzeć życie podwodne. Takich przerw robimy jeszcze dwie, wszystko po to, aby obejrzeć jak najbardziej różnorodne postacie rafy. My schodzimy do wody tylko raz: brak własnego sprzętu (płetwy, rurka, maska) właściwie nie zezwala na większe eskapady, a sprzęt, jaki do wypożyczenia oferuje obsługa statku polecamy tylko ryzykantom. I to wielkim! Stwierdzamy jednak, że woda Morza Czerwonego jest niezwykle słona! Co prawda na ląd w ogóle nie schodzimy, a tak właśnie chcieliśmy zwiedzać Park Narodowy Ras Muhammad, a i w morzu pływamy tylko przez chwilę, ale wycieczkę i tak uważamy za udaną. Dzień kończymy ponownie pluskając się w hotelowym basenie.

 

Dzień piętnasty: sobota, 2 czerwca 2007

To znowu dzień drogi. Pokonujemy ją najpierw taksówką: z hotelu na dworzec autobusowy (30 LE), potem „superkomfortowym” Neoplanem (bez przesady..., nasze Jelcze PR mają podobny standard) do Kairu (80 LE). Niestety, Kanału Sueskiego choć chcieliśmy – nie zobaczyliśmy, autokary Superjet omijają Suez kierując się prosto do tunelu pod kanałem. Przed wjazdem super dokładna kontrola autokaru, włącznie z bagażami (wojskowy przeszedł wokół nich z czymś, co przypominało różdżkę gości poszukujących wody...). Później kierowca wysadził nas niby w centrum Kairu, ale w zupełnie nieznanym terenie, a próba złapania taksówki przez pół godziny nie przyniosła rezultatu: co prawda taksówek było mnóstwo, ale żaden kierowca nie mówił po angielsku, nawet nazwa hotelu nie spotykała się ze zrozumieniem. Wreszcie udało się namierzyć samochód, którego właściciel co nieco rozumiał i dotarliśmy do znanego nam już z początku egipskiej wyprawy hotelu Victoria. Wieczorem z pomocą recepcjonisty łapiemy taksówkę (o dziwo żadna z nich nie dyżuruje przed hotelem – akurat teraz!) i jedziemy znaną trasą do Gizy, aby koniec pobytu w Egipcie uświetnić pokazem „Światło i Dźwięk” u stóp piramid. Pomysł ten prawie legł w gruzach, bo nasz taksówkarz nie wiedział jak dojechać do piramid... Szok! W końcu udało się trafić, choć ostatni odcinek pokonaliśmy kierując się na migające już światła przedstawienia. Widowisko super, choć trochę żal, że to ostatni akord naszego tu pobytu...

 

Dzień szesnasty: niedziela, 3 czerwca 2007

Po zaledwie półgodzinnej, spokojnej jeździe (o 4:00 rano w Kairze praktycznie nie ma ruchu na ulicach!) docieramy na lotnisko. Po kilku nieporozumieniach przy stanowiskach odpraw i przedłużającej się kontroli paszportowej (obsługa, głównie kobiety, mocno dawała wszystkim do zrozumienia, że mocno się nudzi wykonywaniem swych obowiązków) Airbus należący do Air France zabiera nas do cywilizacji w europejskim tego słowa znaczeniu. Mimo, że – tak jak pisałem na wstępie – niejednokrotnie nasze wyobrażenia o tym kraju legły w gruzach – warto było. Choć w ciągu najbliższych 20 lat nie wybieramy się tam z powrotem. No chyba, że...

 

Relacja pochodzi z portalu bezdroza.com

 

Magdalena i Andrzej Banak

 






relacje i trasy:
Byłeś w weekend na ciekawej wycieczce? Odbyłeś 2-miesięczną podróż życia? Podziel się swoją podróżą!
możesz:
opisać swoją wycieczkę/podróż
uzupełniać ją o napotkane, ciekawe obiekty
dodawać zdjęcia
wgrywać trasę z urządzenia GPS w formie pliku GPX
korzystać z relacji i tras innych użytkowników
ostatnio zalogowali się
Regulamin i polityka prywatności | Kontakt | Dla prasy
Portal tworzony przez Was i Wydawnictwo Bezdroża

Created by Amistad Group