bezdroza_logo
152763
obiektów,
zdjęć, relacji
i tras
Wyszukiwanie zaawansowane
dodaj obiekt dodaj zdjecie dodaj relacje

e-przewodniki.pl relacje i trasy Szlak kajakowy Wdy
Szlak kajakowy Wdy
Średnia ocena: gwiazdkagwiazdkagwiazdkagwiazdkagwiazdkagwiazdkagwiazdkagwiazdkagwiazdkagwiazdka (5,00/142 gł)   
Oceń ten artykuł:

Wda – rzeka Borów Tucholskich i Kociewia – ma w sumie 198 km długości, mało kto jednakże, porywa się na spłynięcie całą rzeką. Najciekawszy odcinek Lipusz – Tleń ma 137 km, i z tym fragmentem Wdy postanowiliśmy się zmierzyć latem 2009 r. Rozpoczęta nocą podróż do miejscowości Huta Kalna miała nas po raz drugi zaprowadzić do krainy Borów Tucholskich – kilka lat temu udało nam się spłynąć najdłuższą i najbardziej popularną rzeką regionu – Brdą. Wtedy było to 233 km, tym razem 100 mniej… Fakt, że w 2008 r. nie udało się wyruszyć na spływ (pokajaczyć?) sprawiał, że oprócz radości związanej z wyprawą pojawiał się niewielki dylemat, jak po dwuletniej przerwie poradzimy sobie z kontrolą nad kajakami.

zdjecie_77300
Autor zdjęcia: endrju_74

 

Przewodnik po szlaku co prawda zapewniał, że rzeka spokojna, nie wadzi nikomu, ale zawsze może pojawić się coś nieprzewidywalnego, wszak opisy dość często wspominają o utrudnieniach związanych z głazami w nurcie, zwalonymi drzewami, trzeba się także zmierzyć z potężnym zbiornikiem wodnym Jeziora Wdzydzkiego. Tego typu duże akweny zawsze są utrapieniem dla kajakarzy, zwłaszcza, gdy wzmaga się wiatr. Naszym głównym pomocnikiem w pokonywaniu wód Wdy był przewodnik Pascala „Wda” Zbigniewa Galińskiego. Po trasie dokupiliśmy mapę-składankę wydawnictwa Eko-Graf, która okazała się być najbardziej aktualną topograficznie. Może trudno w to uwierzyć, ale wiele zakoli rzeki, pokazanych na mapach, zwłaszcza w okolicach miejscowości Wda, nie istnieje! W latach osiemdziesiątych dokonano regulacji niektórych odcinków rzeki, ale mapy w przewodniku Pascala, a także kilka innych map nie zostały JESZCZE zaktualizowane do stanu istniejącego…

zdjecie_77298
Autor zdjęcia: endrju_74

 

 

Późnym, słonecznym, niedzielnym popołudniem, spóźnieni o zaledwie 4 godziny wobec pierwotnego planu, pojawiliśmy się na ogrodzonej polanie, położonej wśród lasów w pobliżu miejscowości Huta Kalna. Bus z przyczepką załadowaną kajakami (no, bez przesady, było tego słownie: trzy sztuki…) i z przeoryginalnym kierowcą zabrał nas w godzinną przejażdżkę do punktu wodowania, jakim była gminna łąka, plażą zwana, położona na południowych krańcach Lipusza. Mieliśmy ogromną ochotę na start w miejscu jeszcze wyżej położonym, np.: w Jabłuszku, jednakże opisy przewodnikowe, poparte twierdzeniami pracowników wypożyczalni kajaków, odwiodły nas od tego pomysłu. W sierpniu roślinność wodna jest już bardzo rozwinięta, i to mogłoby nas mocno spowolnić, a może nawet zatrzymać na dłużej w tamtych zaroślach (sytuacja znana nam z początkowego odcinka Drwęcy…), gdzie rzeka ma ponoć tylko ok. 1-2 m szerokości – tyle co długość wiosła… Na tamtym krótkim odcinku są ponadto trzy stałe przenoski, tak, że wybór był prosty: Lipusz. Niech będzie Lipusz. W końcu wszyscy chcieliśmy tym razem wypocząć. Aktywnie, ale jednak wypocząć. Czyżby czas szkolnych/studenckich ekstremalnych wypraw odszedł w przeszłość? Czyżbyśmy się nieco zestarzeli?

Gdy tylko pojawiliśmy się na gminnym polu biwakowym zjawił się jego gospodarz, żądając opłaty 2 zł. Od kajaka – za wodowanie.

zdjecie_77299
Autor zdjęcia: endrju_74

 

A więc to w ten sposób gmina Lipusz stara się przyciągnąć turystów… Mimo dość późnej pory spakowaliśmy dobytek do kajaków i odpłynęliśmy w pierwszy rejs po Wdzie. Rzeka raczej wąską strugą wije się tu wśród pól i niewielkich zagajników w kierunku południowym i południowo-wschodnim.

zdjecie_77302
Autor zdjęcia: endrju_74

 

Wkrótce przepłynęliśmy pod mostem, co oznaczało wpłynięcie w granice Wdzydzkiego Parku Krajobrazowego. Po minięciu niewielkiego przysiółka Krugliniec lasy na obu brzegach przybliżyły się do samej rzeki. Jako, że pora była wieczorowa, zrobiło się ciut chłodno, czasami wręcz ponuro…

zdjecie_77303
Autor zdjęcia: endrju_74

 

Kolejne kilometry pokonywaliśmy głównie przez lasy przy bardzo podmokłych i nienadających się do lądowania brzegach. Tak pojawiło się jezioro Schodno. Na prawym brzegu jeziora są trzy cyple. Na pierwszym znajdują się zabudowania wsi Schodno, na drugim niezwykle przyjemne miejsce biwakowe, na którym spędziliśmy noc.

zdjecie_77305
Autor zdjęcia: endrju_74

 

Oficjalne pole namiotowe znajduje się na trzecim cyplu, ale było tam kilka przyczep kampingowych, co oznaczało obecność samochodów, co z kolei kłóciło się z naszymi planami unikania motoryzacji, więc woleliśmy odpuścić sobie pole oficjalne. Sklepów co prawda w okolicy nie było, ale wodę do picia zdobyliśmy w niedalekich domkach letniskowych.

 

Drugi dzień spływu rozpoczął się od wizyty właściciela pola (przygonił krowy na pastwisko tuż obok), który zebrał po 7 zł za namiot. Po rutynowych czynnościach poranka ruszyliśmy dalej zmagać się z Wdą. Przez dłuższą jeszcze chwilę płynęliśmy po stojącej wodzie Jeziora Schodno, nurt pojawił się dopiero w okolicach mostu przed wsią Loryniec.

zdjecie_77308
Autor zdjęcia: endrju_74

 

Dalej – już nieco szybciej – pomknęliśmy na spotkanie Jeziora Wdzydzkiego, opływając bardzo szerokim łukiem kompleks leśny po prawej. Pierwszym większym zbiornikiem wodnym było Jezioro Słupinko. Trzeba tu uważać, bo piękno jeziora zachęca do wpłynięcia na nie, tymczasem szlak Wdy dość gwałtownie skręca w lewo, przepływa pod mostem w przysiółku wsi Czarlina, po czym osiąga „Morze Kaszubskie” w postaci Jeziora Radolnego. Tu należy znowu kierować się w lewo, w kierunku skrzyżowania dwóch rynien polodowcowych pod wsią Wdzydze Kiszewskie. W wymienionej wsi zlądowaliśmy w stanicy PTTK, z dwóch powodów: konieczność uzupełnienia prowiantu i obowiązkowy punkt programu każdego turysty: najstarszy polski skansen, położony we Wdzydzach właśnie. Z zakupami nie było problemu – tuż przy bramie wjazdowej stanicy jest kilka sklepów, są także smażalnie ryb i restauracje (wyżywienie można także znaleźć w samej stanicy). Przy bramie jest także pętla autobusowa, więc do skansenu – ok. 1,5 km na wschód drogą przez wieś – można próbować podjechać autobusem, a kursują one tu dość często, na trasie z/do Kościerzyny. My do skansenu doszliśmy na piechotę, tylko po to, by dowiedzieć się, że w poniedziałek jest nieczynny… Brawo dla Samorządu Województwa Pomorskiego!!! Co prawda, to dość popularna praktyka w polskich obiektach muzealno – wystawienniczych, ale czy nie należałoby tego zmienić, choćby na okres wakacyjny? Niepocieszeni wróciliśmy do stanicy, by po krótkim wypoczynku ruszyć dalej. Przecinając rynnę jezior Radolne – Gołuń skierowaliśmy się na największy akwen – Jeziora Wdzydzkiego. Odcięte ono jest cyplem wcinającym się od lewej, ze wschodu. Proponuję omijać go szerokim łukiem po prawej, bowiem piaszczysta łacha zalegająca dość płytko pod wodą ciągnie się bardzo daleko od brzegu, a plażowicze brodzący do połowy łydki w wodzie na środku jeziora nie są niczym nadzwyczajnym. Ogromny zbiornik wodny, na który przedostaliśmy się, urozmaicony jest wieloma wyspami i niezwykle bogatą linią brzegową, stąd kajakowanie po jeziorze – pod warunkiem braku wiatru – jest niezwykle przyjemne, choć przecież to woda stojąca, nie pomagająca w zdobywaniu kilometrów. Aby wypłynąć z jeziora należy kierować się na ośrodki wypoczynkowe po lewej stronie południowego krańca akwenu. Niestety, wkrótce po wpłynięciu na rzekę na kajakarzy czeka przenoska – pierwsza na szlaku. W nurcie rzeki pojawia się bowiem śluza, którą jeszcze nie tak dawno trudno było pokonać, ze względu na niedostępne brzegi. Tymczasem niedawno, ze środków unijnych, wybudowano przy prawym brzegu pomosty po obu stronach śluzy, tak że przenoska jest dziś znacznie łatwiejsza, niż to przeczytacie w większości przewodników. A o unijnej kasie wydanej przy brzegach Wdy będzie jeszcze czas wspomnieć. Tuż za śluzą, po lewej uchodzi kanał ulgi, a tuż za nim, również na lewym brzegu (nie na prawym, jak podają przewodniki), przy restauracji, znajduje się oficjalne pole namiotowe szlaku, ograniczone rzeką, drogą, restauracją i zarośniętym nieużytkiem. Pole to wygląda bardziej jak parking dla ciężarówek, nie jak miejsce biwakowe dla poważnych kajakarzy, więc po dłuższym wahaniu (wszak wieczór nadszedł już dawno), za radą innych kajakarzy, postanowiliśmy płynąć dalej, aby za wsią Borsk znaleźć nocleg u tzw. „chłopa”. Faktycznie, po niecałym kilometrze, na prawym brzegu pojawił się pomost za zachęcającym napisem „Pole namiotowe” i numerem telefonu właścicieli, którzy przynieśli wodę pitną, przy okazji zbierając pieniądze za nocleg i ognisko. Gdy kładliśmy się spać około północy niebo było pięknie wygwieżdżone, a noc dość ciepła. Około 2 w nocy pobudziła nas wichura szalejąca w nabrzeżnych drzewach i podrywająca namioty. Po ok. 20 minutach zmagań z podmuchami wiatru pogoda spłatała nam kolejnego psikusa – zaczął padać niezwykle rzęsisty deszcz, zalewając wszelkie nierówności na polu i starając się za wszelką cenę przedostać do środków naszych namiotów. Przez wycie wiatru zmieszanego z łomotem strug deszczu o powłokę namiotu dały się słyszeć modły zanoszone przez żeńską część wyprawy. Ledwie słyszalna modlitwa (o ocalenie? o łagodne zejście z tego łez padołu?) w tych warunkach brzmiała niczym mantra… Po półtorej godziny najgorszej burzy, jaką kiedykolwiek dane mi było przeżyć pod namiotem, ten hałaśliwy spektakl natury przycichł na tyle, że dało się znowu zasnąć…

 

Poranek wstał dość pochmurny, z wciąż powracającą mżawką, choć wieści od naszych rodzin, czuwających przy takich zdobyczach cywilizacji, jak radio, czy telewizor, były raczej pozytywne – pogoda miała się poprawić. Może niezbyt radykalnie, ale jednak. Poranek upłynął pod znakiem rozpamiętywania nocnych przeżyć. Oficjalna wersja, jaką przekazywaliśmy telefonicznie bliskim, brzmiała: „w nocy troszkę popadało i troszkę powiało…” Tylko niech nikt nas nie wyda, że było inaczej! W końcu zwinęliśmy mokre namioty i wyruszyliśmy na wodę, robić kolejne kilometry w kajaku.

zdjecie_77316
Autor zdjęcia: endrju_74

 

Nie było tego wiele, póki co, zaledwie kilkaset metrów, gdy po prawej pojawiła się niewielka betonowa budka, z – jak się okazało – ujściem Wdy z kanału. Należy w tym miejscu szczególnie wzmóc czujność, bowiem kanał Wdy prowadzi zdradziecko prosto, zachęcając do rozpędzenia się, tymczasem rzeka odchodzi w prawo. Kajaki trzeba przerzucić przez prawy brzeg, tuż za budką z ujściem, po stromej skarpie, do małej zatoczki, w której woda, spadając ostro kilka metrów w dół z kanału, pieni się i kotłuje, testując kajakarskie umiejętności śmiałków, którzy się tam zapędzili. Zresztą odcinek rzeki w tym miejscu się zaczynający – należy do trudniejszych na tym szlaku, a to ze względu na ogromna ilość głazów w nurcie – w praktyce nie da się uniknąć wpadnięcia na kilka z nich, rzecz w tym, żeby wpaść na te głębiej zanurzone. Słowo jeszcze o miejscu ujścia rzeki z kanału – jest tu zagospodarowane pole biwakowe na prawym brzegu, nie zaznaczone, póki co, na mapach. Rzeką o bardzo małej ilości wody, zmagając się z głazami w nurcie, przepłynęliśmy przez miejscowość Bąk, dopływając do miejsca, gdzie z lewej wpada krótki łącznik z nadmiarem wody z kanału.

zdjecie_77323
Autor zdjęcia: endrju_74

 

Tuż za jego ujściem, po lewej stronie znajduje się piękne pole namiotowe, oznaczone tablicami z logo UE. Zupełnie niedawno wiele takich tablic pojawiło się wzdłuż Wdy, zwłaszcza w granicach gminy Czersk. Wszystko to za sprawą dotacji unijnej na program zagospodarowania turystycznego rzeki. Za te pieniądze ustawiono drogowskazy (to akurat można było sobie darować…), zbudowano pomosty na przenoskach, oznakowano pola biwakowe (dodając kilka nowych, nieistniejących jeszcze na mapach), wyposażając je w wiaty i toalety. Niestety, kilometraż podany na tablicach zgodny jest z tym w przewodniku „Pascala”, a więc niezbyt dokładny, o czym pisałem już wcześniej. Dopłynęliśmy do wsi Miedzno, i znów – skąd wydawcy przewodnika wzięli te mapy? Z czterech mostów zaznaczonych w obrębie wsi istnieją tylko dwa: drugi i trzeci. Przy ostatnich zabudowaniach, na prawym brzegu istnieje pole biwakowe, dość dogodne dla chcących zwiedzić rezerwat „Kręgi Kamienne”.

zdjecie_77333
Autor zdjęcia: endrju_74

 

zdjecie_77345
Autor zdjęcia: endrju_74

 

To lądowisko polecam zwłaszcza większym grupom – ok. 1,5 km dalej istnieje przystań „Kręgi Kamienne”, ale, mimo, że jest tam nowy pomost, ułatwiający wysiadanie, jest też ciut bliżej do bramy wejściowej do rezerwatu, to jednak miejsca przy pomoście jest mało, ponadto prąd na meandrze jest raczej silny i może być problem z utrzymaniem kajaka. My na podbój „Kręgów Kamiennych” ruszyliśmy z Miedzna. Aby dojść do drogi, prowadzącej w głąb lasu, trzeba pokonać pole, ogrodzone drutem pod prądem, ale rezerwat jest absolutnie wart tego poświęcenia. Po zwiedzaniu – coraz mniej meandrującą, szerszą, a co najważniejsze – głębszą rzeką, już bez dodatkowych „kamiennych” atrakcji w nurcie dopłynęliśmy do mostu i zastawki w Wojtalu. Pomosty i schody na stromej skarpie (dotacja z UE) ułatwiają przenoskę. Droga na moście łączy wsie Wojtal (w lewo) i Odry (w prawo). W obu są sklepy (bliższy w Wojtalu), ok. 100 m od mostu w kierunku na Odry znajduje się niewielka, prowizoryczna wręcz smażalnia ryb, z rewelacyjnymi pstrągami ze stawów tuż obok. Po krótkiej przerwie na rybkę popłynęliśmy dalej. Dość leniwie płynącą rzeką dopłynęliśmy do Klonowic. Tuż przed wsią należy uważać, bowiem można zapędzić się w szeroko rozlany wypływ strugi z jeziora Wieckiego, czyhający na kajakarzy dokładnie na wprost głównego nurtu, podczas gdy rzeka w tym miejscu zdecydowanie, choć niespodziewanie wykręca w prawo. Za wsią Klonowice, na prawym brzegu, znajduje się kolejne „unijne” pole biwakowe (nie zaznaczone na mapach). Jest to niezbyt równa, wąska, rozciągnięta między rzeką a stromą skarpą mała polanka. Na wiacie przybity numer właścicielki, która po kilku minutach pojawia się, by zebrać opłatę. Można u niej zaopatrzyć się w wodę do picia (za darmo), jajka i mleko (ceny konkurencyjne). Kobieta nosi przy sobie akt własności tej ziemi, bo większość biwakujących w tym miejscu nie chce jej uwierzyć, że za pieniądze z UE wybudowano przystań kajakową na prywatnym gruncie… Tu spędziliśmy trzecią noc tego spływu.

zdjecie_77347
Autor zdjęcia: endrju_74

 

Krótki odcinek z Klonowic do Czarnej Wody, głównie wśród lasów, minął nam niezwykle szybko, za to postój na świetnie zorganizowanym, ale też dość drogim polu namiotowym (prawy brzeg, choć mapy chcą go na lewym…) znacznie się przeciągnął. Było już dobrze po południu, gdy przepływaliśmy pod mostami w Czarnej Wodzie, zmierzając ku miejscowości Złe Mięso. Dalej rzeka znów mocniej „zawija”, choć z racji szerokości Wdy meandry te nie są zbyt ostre. Na tym odcinku lasy zdecydowanie ustępują miejsca polom uprawnym, stąd horyzont bardzo się oddala i widoki z kajaka robią się bardzie rozległe – pojawia się drugi plan. Okolica staje się coraz bardzie bezludna, zabudowania na obu brzegach pojawiają się niezwykle rzadko, są to jedynie dwa niewielkie przysiółki Jastrzębie i Zimne Zdroje. Za tą drugą osadą wiraże rzeki znów robią się ostrzejsze. Po ok. dwugodzinnym wiosłowaniu dopłynęliśmy do mostu i miejsca zwanego Czubek – do naszych samochodów zostawionych na leśnym parkingu był stąd tylko „rzut beretem”, pojawił się nawet pomysł, by do nich zajrzeć, ale koncepcja z przepłynięciem tego dnia jak najdłuższego odcinka, w obliczu niezwykle rzadkich ból biwakowych, zwyciężyła! Popłynęliśmy zatem dalej, głównie lasami, z postanowieniem zatrzymania się dopiero przy moście w Małym Bukowcu. Ten kilkunastokilometrowy fragment rzeki jest niezwykle trudny orientacyjnie, brak tu jakichkolwiek punktów odniesienia. Zmęczonych tego typu wiosłowaniem muszę zmartwić – nieprzystępne brzegi sprawiają, że jeśli ominęliście Czubek – musicie dopłynąć do Bukowca. Gdy już stracicie jakąkolwiek nadzieję na dotarcie jeszcze kiedykolwiek do jakiejś cywilizacji, a umysł będzie wam podpowiadał hasło „zagubieni w pętli czasu” – w oddali pojawi się most, a tuż przed nim pole namiotowe na prawym brzegu – najgorsze na szlaku… A tak swoją drogą – odcinek, który właśnie pokonaliśmy, mimo, że nieco się dłużył, był niezwykle piękny, właśnie poprzez brak jakichkolwiek oznak działalności człowieka. Tylko lasy, łąki i niebo. Spokój. Relaks. Jakże to inne od świata pozaurlopowego! Wróćmy do rzeczywistości, przykrej tym razem… Bowiem czwartą noc spędziliśmy na polu (na pewno nie namiotowym ani biwakowym!) w Bukowcu. Właściwie jedyną zaletą tego pola była możliwość dojścia do sklepów w Osowie (ok. 20 minut w jedną stronę), co w tej bezludnej okolicy miało spore znaczenie.

zdjecie_77348
Autor zdjęcia: endrju_74

 

 

zdjecie_77349
Autor zdjęcia: endrju_74

 

Wcześnie rano dotarła do nas gospodyni pola z pretensjami, że nie zadzwoniliśmy po nią, aby zapłacić za nocleg – numer telefonu był przybity na wiacie. Tymczasem – mimo, że do tej pory płaciliśmy dość chętnie – stan tego miejsca wzbudził w nas spory opór przed uiszczaniem opłaty: jedynym elementem zagospodarowania pola była rozlatująca się i nadpalona wiata, ustawiona tak daleko od rzeki, że w ogóle nie opłacało się znosić tam naszych rzeczy. Infrastruktury zatem nie było, były za to śmieci na kilku potężnych stertach. Właścicielka pola pozostawiła nas z oskarżeniem, że to na pewno nasze śmieci… Tak, rozszyfrowała nas! Zazwyczaj ciągniemy za sobą kontener z odpadkami tylko po to, by zdeponować je na polu biwakowym, a następnie rozbić wśród nich namioty! Osłodą tej sytuacji były żurawie. Ich klangor słyszeliśmy już wcześnie rano, tymczasem teraz para tych dużych ptaków, wraz z młodymi, w sumie pięć sztuk, przysposabiała się do odlotu, trenując trudną sztukę latania na łąkach po drugiej stronie drogi. Widowisko, jakie nie każdemu dane jest obejrzeć!!!

zdjecie_77304
Autor zdjęcia: endrju_74

 

 

 

W tych pięknych okolicznościach przyrody opuszczamy niezbyt piękne biwakowisko w Bukowcu, aby nadal kontemplować niemal nieskażoną przyrodę na kolejnym bezludnym odcinku rzeki. Po kilku kilometrach wiosłowania przez lasy i łąki rzeka opływa osadę leśną Młynki, z niewielkim polem namiotowym, by znowu zagubić się w lasach Borów Tucholskich, coraz silniej meandrując. To odcinek wymarzony wręcz dla miłośników przyrody i samotności – przez kilkanaście kilometrów szlaku, aż do wsi Wda, jedynym śladem cywilizacji jest most kolejowy i, ciut wcześniej, resztki mostu drogowego. Tuż przed Wdą – Wda (hmmm…) zatacza spory łuk, wyginając się najpierw na północny wschód, następnie wracając do kierunku południowego. Meandry na tym łuku, istniejące na mapach „Pascala”, w rzeczywistości nie istnieją (zostały odcięte przez regulację koryta i pełnią dziś rolę starorzeczy), do wioski dopływa się zatem znacznie szybciej, niż to wynikało z przewodnika. Tuż za mostem we Wdzie, na lewym brzegu znajduje się dość ciasne miejsce na ewentualny postój i zakupy – sklep jest tuż obok. Jeśli jednak to miejsce jest zajęte – trzeba popłynąć daleko poza zabudowania wioski do oficjalnego pola biwakowego, aby potem młodymi laskami przespacerować się z powrotem do centrum miejscowości. Przy tym oficjalnym lądowisku za wsią – miejsca na kajaki też jest bardzo mało, za to samo pole ogromne, z jedną tylko wiatą i drewnianym wychodkiem pod lasem. Po dość długiej przerwie w tym miejscu postanowiliśmy popłynąć ciut dalej, do położonego za dwoma meandrami Wdeckiego Młyna.

zdjecie_77350
Autor zdjęcia: endrju_74

 

Rzekę przegradza tu zapora elektrowni, na tym odcinku nie ma już ułatwień, obecnych w górnym biegu za sprawą UE. Tuż za elektrownią, na prawym brzegu, znajduje się przyjemne pole namiotowe z ławkami, wiatami, miejscami na ognisko itp. itd. Gospodarz mieszka w jedynym domu przy zaporze. Można u niego dostać drewno na ognisko, bo samemu będzie raczej trudno sobie to zorganizować. Kilkaset metrów od pola, w głębi lasu, ukryte jest jezioro Kochanka – super opcja dla chcących popływać. Najlepsze miejsce znajduje się na południowym krańcu jeziora, trzecia droga leśna w prawo od bitego traktu. Niestety, zazwyczaj pełno tu samochodów.

 

Kolejny dzień zmagania z coraz szybszym nurtem Wdy, kolejny dzień lasów i łąk wokół szlaku. Na początku odcinka pojawiają się na lewym brzegu, w sporym oddaleniu, domy wsi Smolniki, a potem znowu las. Przy ujściu Kałębnicy uważać trzeba, by popłynąć w odpowiednim kierunku – szlak skręca tu w prawo. Podobna sytuacja ma miejsce kilka kilometrów dalej, gdy do Wdy uchodzi Święta Struga, tyle, że tu trzeba płynąć w lewo. Zaraz zresztą pojawia się leśniczówka Żurawki, a za nią zarośnięte pole biwakowe na lewym brzegu, z fatalnym dojściem. Kolejne kilka kilometrów tylko lasu i wody, aż pojawiają się zabudowania wsi Łuby na lewym brzegu. Niedaleko już stąd do miejsca, w którym wywijasy rzeki osiągają punkt kulminacyjny. Miejsce to nazywa się „Krzywe Koło w Pętli Wdy”, i jest objęte ochroną rezerwatową. Rezerwat obejmuje fragment lasu otoczony z niemal wszystkich stron wodami rzeki – ze stałym lądem łączy go tylko wąska grobla. Gdyby ktoś z przyszłych „Wdowych” kajakowiczów planował zaoszczędzić sobie wiosłowania i próbował przerzucić kajaki przez wspomnianą groblę – nie radzę. Jest ona wysoka i bardzo stroma, można tu stracić więcej sił, niż na samym opłynięciu półwyspu. Tuż po minięciu tego najwęższego pasa ziemi po lewej stronie pojawia się zorganizowane miejsce dla pragnących zwiedzić rezerwat – jest tu pomost i tablica informacyjna. Miejsce to jest jednakże bardzo trudno dostępne (nie wiem, czy nie lepiej zacumować na samym początku pętli), jednakże dalej nie ma już możliwości zejścia na ląd i zwiedzenia tego urokliwego i niezwykłego miejsca. Za pętlą rzeka przestaje tak mocno meandrować, wkrótce osiągając przysiółek Błędno. Jest tu niezwykle sympatyczne pole namiotowe (nie należy się zatrzymywać przy pierwszych dwóch miejscach z widocznymi śladami lądowania kajaków, należy płynąć dalej, do punktu, gdzie rzeka ostro skręca w lewo, tu jest pomost ułatwiający wyjście na dość wysoki brzeg). Od maja do końca sierpnia, a zatem przez cały sezon kajakowy (kajaczany?) czynna jest tu kuchnia polowa z zadaszeniem i ławkami. Wokół mnóstwo miejsca na rozbicie namiotów. My mieliśmy szczęście spotkać na tym biwaku uczestników – głównie młodszą młodzież – rajdu konnego z Bydgoszczy. Konie stały się zatem główną atrakcją tego wieczora.

zdjecie_77351
Autor zdjęcia: endrju_74

 

 

No i nastąpił dzień pożegnań. Zanim jednak my pożegnaliśmy się z rzeką – pożegnaliśmy uczestników rajdu konnego, którzy paradnym krokiem pocwałowali w las. I tyle ich widzieliśmy.

zdjecie_77352
Autor zdjęcia: endrju_74

 

Następnie z biwakiem zaczęła żegnać się obsługa kuchni polowej – był to ostatni dzień ich posługi w tym miejscu… My… nie, my jeszcze się nie żegnaliśmy, my mieliśmy jeszcze do pokonania kawałek szlaku. Szybko i sprawnie wsiedliśmy do kajaków i w... właśnie, chyba pasowałoby powiedzieć – w wodę, tak?

 

Jakie to szczęście, że to już ostatni dzień, bo dolne części pleców już ledwo wytrzymują całodzienne siedzenie na twardym… Rzeka – po kilku kilometrach spokoju poprzedniego wieczora – znów zaczyna kręcić niemiłosiernie, na zakrętach strącając do wody drzewa uczepione wysokiej skarpy. Za którymś wirażem wpłynęliśmy w granice Wdeckiego Parku Krajobrazowego, choć jak dla mnie cała ta okolica mogłaby być parkiem krajobrazowym – tak tam pięknie! Niewiadomo kiedy – naprawdę nurt tak ostro przyspieszył, że tego dnia kilometry same wpływały nam pod kajaki! – dopłynęliśmy do zabudowań leśniczówki Pohulanka, a zaraz za nimi do największej przeszkody szlaku Wdy – zwalonego dębu, tarasującego całe koryto Rzeki.

zdjecie_77353
Autor zdjęcia: endrju_74

 

Przeszkoda nie okazała się jednakże tak straszna, jak ją malowano – przy stanie wody, jaki mieliśmy, można było swobodnie przepłynąć w miejscu, gdzie jeden z potężnych konarów odchodzi od pnia (kanoe raczej trzeba przenosić). Tuż za dębem jest most, przy którym można dobić do brzegu, aby przewrócony dąb zdobyć na piechotę, a że robi to zdecydowana większość kajakarzy – kikut non-stop oblepiony jest ludźmi, i przy przepływaniu zalecam ostrożność, bo ktoś może się zsunąć do kajaka, a wątpię, by chciał potem pomagać w wiosłowaniu…

 

Kolejny dość długi odcinek szlaku prowadzi przez wieś Stara Rzeka. Jest to bardzo rozproszona wioska, z zabudowaniami widocznymi to bliżej, to dalej od brzegów. Pomiędzy poszczególnymi przysiółkami są takie odległości, że gdy już myślicie, że miejscowość jest już za wami – znów pojawia się jakieś skupisko domów. W końcu jednak rzeka wpływa z powrotem w królestwo lasów, tu jednakże nurt zdecydowanie zwalnia, zaczyna się bowiem sztuczne Jezioro Żurskie. Zatoka, którą Wda wpływa do jeziora jest niezwykle długa i pozakręcana, w końcu jednak pojawia się most drogowy, a przy nim, po lewej, restauracja. Tu zakończyliśmy spływ, choć niektórzy płyną jeszcze ok. 2 km dalej, do stanicy wodnej w Tleniu. Tam trzeba dodatkowo zapłacić za możliwość podjęcia kajaków na samochód.

Po obfitym posiłku w restauracji „Samotnia” zapakowaliśmy się do z dnia na dzień coraz bardziej rozklekotanego busa, i kierowca – debeściak, znany nam już z początku wyprawy, zawiózł nas z powrotem do Huty Kalnej.

zdjecie_77354
Autor zdjęcia: endrju_74

 

 

Tak zakończył się szósty spływ kajakowy, organizowany pod hasłem „Kielce i przyjaciele”. Za rok też gdzieś popłyniemy!






relacje i trasy:
Byłeś w weekend na ciekawej wycieczce? Odbyłeś 2-miesięczną podróż życia? Podziel się swoją podróżą!
możesz:
opisać swoją wycieczkę/podróż
uzupełniać ją o napotkane, ciekawe obiekty
dodawać zdjęcia
wgrywać trasę z urządzenia GPS w formie pliku GPX
korzystać z relacji i tras innych użytkowników
ostatnio zalogowali się
Regulamin i polityka prywatności | Kontakt | Dla prasy
Portal tworzony przez Was i Wydawnictwo Bezdroża

Created by Amistad Group