bezdroza_logo
152764
obiektów,
zdjęć, relacji
i tras
Wyszukiwanie zaawansowane
dodaj obiekt dodaj zdjecie dodaj relacje

e-przewodniki.pl relacje i trasy Na rowerach do Karlskrony i na wyspę Oland.
Na rowerach do Karlskrony i na wyspę Oland.
Średnia ocena: gwiazdkagwiazdkagwiazdkagwiazdkagwiazdkagwiazdkagwiazdkagwiazdkagwiazdkagwiazdka (5,00/143 gł)   
Oceń ten artykuł:

 

zdjecie_64898
Autor zdjęcia: Biker

 

zdjecie_35328
Autor zdjęcia: Biker

 

zdjecie_19587
Autor zdjęcia: Biker

 

Nasza rowerowa wyprawa

do Szwecji, rodziła się z dużymi trudnościami.

 

To że doszła do skutku, zawdzięczamy życzliwości i pomocy finansowej, grupy przemiłych ludzi. Dzięki nim, przeżyliśmy niezapomniane rowerowe  wakacje. 

 

Uczestnicy:
Janusz (BIKER) oraz Justyna, Paulina, Alicja i Aleksandra. 

 

WTOREK 7.08.2007 r
Ostatnie zakupy i pakowanie naszego ekwipunku w doskonałe i pojemne sakwy Crosso, oraz na przyczepkę Extrawheel (namioty i spiwory), trwało przez niemal cały dzień. Dziewczynki bardzo się uwijajły, ja z kolei szukałem najbardziej sensownej formy transportu do Gdyni. Oferta kolei zobowiązuje do zakupu biletów, ale jak zwykle nie gwarantuje w pociągu wagonu do przewozu rowerów. Szkoda mi czasu na komentarz. W końcu udało mi się umówić z sąsiadem- właścicielem bagażowego busa, który zadeklarował przewiezienie nas do Warszawy. Ze stolicy pociągiem "Słoneczny"  bezpiecznie dojedziemy do Gdyni i na terminal promowy. Zakładam że bez problemów zdążymy na wieczorny prom do Karlskrony, o którym rozmawiałem z firmą Stena Line. O godz. 23 spakowaliśmy nasz sprzęt na busa, Do czasu wyjazdu o 3 w nocy, dziewczynki poszły jeszcze odpocząć, choć żadna spać nie mogła.

ŚRODA 8.08.


O godz.3 wyruszyliśmy busem do Warszawy. Dziewczyny szybko zasnęły w samochodzie.  Po niespełna 2 godz. jazdy dotarliśmy do stolicy, Wyładowaliśmy rowery, kupiliśmy bilety, i ruszyliśmy transportować schodami nasz ekwipunek na IV peron dworca zachodniego. Ciekawe kiedy wygląd naszych dworców się ucywilizuje, i powstaną wreszcie podjazdy dla niepełnosprawnych, matek z dziećmi i rowerzystów. Miłą niespodziankę poprzez swoją obecność, sprawiają nam moj serdeczny przyjaciel Tadeusz z żoną Iwonką i siostra Aleksandrą. Pomogli nam  wnieść cały sprzęt schodami na peron. O godz. 7.35 na tor podjechał pociąg "Słoneczny". Elektryczna jednostka z przedziałami do przewozu rowerów, uruchamiana corocznie przez kolej w relacji W-wa Zach- Gdynia. O konforcie jazdy, może trudno mówić, ale pociąg jedzie szybko, a my i nasze rowery jesteśmy bezpieczni. 

Przez Nasielsk, Iławę, Malbork i Gdańsk dotarliśmy ok.13.30 do Gdyni Głównej.  Wyładunek sprzętu z pociągu, sprawdzenie i przejazd do terminalu promowego, zajęły nam ponad 2 godziny. Początkowo jazda rowerami obładowanymi sakwami, wśród licznych samochodów, sprawia  najmłodszym dziewczynkom, trochę problemów. Szybko jednak sobie z tą sztuką poradziły. Ja z załadowaną namiotami przyczepką Extrawheel, prowadziłem całą naszą kolumnę, a zamykała ją Justyna. Na terminalu promowym okazało się, że na wieczorny prom, nie ma sensu kupować biletów gdyż nie ma już miejsc w kabinach. Jest to w pewnej sprzeczności z moimi ustaleniami z przedstawicielką firmy Stena Line. Otrzymujemy jednak propozycję zastawu kursów tam i z powrotem do Karlskrony, w bardzo przystępnej cenie 650 zł.. Wypłyniemy zatem w czwartek o 9 rano. Jedyny warunek to konieczność powrotu do Polski w okresie 2 tygodni. Przyjęliśmy tą ofertę, kupiłem bilety i dokonałem wspólnie z dziećmi, pierwszej korekty trasy naszej wyprawy. Cel się nie zmienił. Z Karlskrony pojedziemy w kierunku Helsingborga,  przeprawimy się przez wąską cieśninę do Kopenhagi, i wrócimy do Karlskrony.  Najpierw musieliśmy jednak zorganizować sobie w Gdyni, nasz pierwszy nocleg.

Ciepła pogoda, zwabiła do Trójmiasta na weekend licznych turystów. Szybko okazało się, że łatwo w Gdyni miejsca noclegowego nie znajdziemy, a rozbijanie namiotów w poblizu terminalu promowego, nie będzie dla nas bezpieczne. W pewnej gdyńskiej firmie, pracujący na nocnej zmianie ochroniarz, pozwolił nam się wykąpać i przespać na podłodze biurowych korytarzy. Dzięki temu udało się uniknąć znacznych kosztów noclegu, mogliśmy się odświerzyć, odpocząć i zostaliśmy uwolnieni od nocy pośród szalejących komarów.
Dystans 15 km.

SERDECZNIE DZIĘKUJEMY PANIE RYSZARDZIE.

CZWARTEK 9.08.


Z pobudką o 4.40 dziewczynki nie miały żadnego problemu. Szybko zrobiliśmy toaletę, zebraliśmy nasz ekwipunek o godz. 6 rano, zjawiliśmy się na przystani promowej. Na miejscu spożyliśmy  posiłek. Ok. 7 rano do nabrzeża przybił prom STENA BALTICA. Jego rozmiary, zrobiły szczególnie na dziewczynkach, duże wrażenie. Przeszliśmy kontrolę dokumentów, i po kilkunastu minutach, razem z samochodami osobowymi wjechalismy na prom. Zabezpieczyliśmy nasze rowerki, zabraliśmy podręczny bagaż, i ruszyliśmy na 7 pokład do naszych kabin. Sam przepływ był bardzo przyjemnym przeżyciem. Spokojna niczym jezioro, tafla Bałtyku, łagodny powiew wiatru, pozwoliły nam do woli czerpać nasycone jodem morskie powietrze. Czas miło nam upływał na obserwacjach morza z wysokiego pokładu. Oglądaliśmy przy kawie telewizję, i słuchaliśmy nastrojowej muzyki. Dziewczynki  poznały  ceny w sklepie, zwiedziły cały prom, robiąc pamiątkowe fotki. Zakupiłem w kantorze szwedzkie korony, po kursie ok. 50 gr za jedną. 

Ok godz. 18, prom zwolnił, a na horyzoncie zauważyliśmy pierwsze z 33  wysp archipelagu Blekinge, którego ważną częścią jest Karlskrona. Małe granitowe wyspy, to szkiery, mające w przeszłości i obecnie militarne znaczenie ochrony dostępu do portu w Karlskronie.  O 19 zjechaliśmy z promu na szwedzką ziemię, kierując się obwodnicą do centrum miasta, w poszukiwaniu miejsca na nocleg. Jadąc wzdłuż drogi ścieżką rowerowa, spotkaliśmy polkę mieszkającą w Szwecji na stałe. Bardzo miła pani, powiedziała nam, ze noc możemy spędzić rozbijając namioty na pobliskim kapielisku, obok osiedla domków Ringo. Z przystani do centrum miasta, na wyspie Trosso, było ok. 11 km. W Szwecji przyjaznej dla turystów,  akceptuje się spędzenie 1 nocy, poza zorganizowanymi campingami.  Kierując się na wspomnianą przystań, poznaliśmy charakterystyczne dla szwedzkiego krajobrazu zabudowania i pofałdowane ukształtowanie terenu. 

Podobały nam się drewniane domy z ogrodami i wyposażeniem, stojące przy drodze i na wzgórzach.  Do tych położonych wyżej, prowadziły strome schody pośród drzew. Niektóre z nich można by uznać, za prawdziwe arcydzieła. Wzdłuż  drogi, ciągnęły się naturalnie skały, ozdobione roślinnością, tworząc  ogrodzenia. Przy każdym domku, samochód, łódź motorowa lub żaglowa.  Miejsce wzkazane przez naszą rodaczkę, okazało sie bardzo dobre. Na fragmencie rozlewiska Bałtyku, stało molo,  toaleta i drewniana przebieralnia. Z przystani rozciągał się widok na znacznej wielkości akwen wodny, z położoną na środku  dużą, a  po prawej stronie mniejszą wyspą. Bliskość wody, wiązała się  jednak z obecnością, kąsających komarów. W pobliskim domku, po krótkiej rozmowie z młodym mężczyzną, uzupełniłem nasz zapas wody pitnej. Zapadające ciemności, zmobilizowały nas do szybkiego posiłku i rozbicia namiotów. Schowaliśmy nasze rowery  i po całym dniu wrażeń, pogrązyliśmy się we snie.
Dystans 8 km.

PIĄTEK 10.08.


Podczas pierwszej  nocy w Szwecji, spaliśmy jak przysłowiowe susły. Była to również pierwsza noc namiotowa w życiu każdej córki. Ciekawy byłem, czy się wyspały, ale moją ciekawość rozwiały zadowolone miny dzieciaków. Po godz. 10 mieliśmy już za sobą posiłek, szybko spakowaliśmy nasz ekwipunek do dalszej drogi. Zaznaczyliśmy miejsce noclegu, przewidując że jeszcze tu wrócimy. Ruszyliśmy do centrum Karlskrony, aby wstępnie poznać miasto, i wytyczyć dalszy kierunek naszej wyprawy.  Przez 11 km. przejazdu ścieżką rowerową, mieliśmy okazję poznać bardzo ładne, malownicze miasto. Jazda na rowerze, to tutaj prawdziwa przyjemność, zwłaszcza że jest się na ulicy czy ścieżce rowerowej, szanowanym przez kierowców użytkownikiem drogi. Mogliśmy  jadąc, podziwiać bardzo wiele wodnnych rozlewisk i przystani, przy których stało mnóstwo cumujących różnej klasy jachtów i łodzi. Ścieżka do centrum prowadziła, wzdłuż krętej, wznoszącej się drogi. Kilka podjazdów, wymagało znaczneg wysiłku. Wynagrodziły nam to widoki na miasto.

Jecaliśmyścieżką w kierunku centum, wzdłuż duzego wodnego akwenu. Na jego środku woda tryskała z dyskretnej fontanny. Obok głównej ulicy mieściła się duża przystań jachtowa, i wielka wyspa na którą prowadziła wąska kładka.  W mieszczącym się na rynku, biurze informacji turystycznej, otrzymaliśmy mapy ze szlakami rowerowymi południowej części Szwecj, oraz broszury o histori miasta, również polskojęzyczne.  Karlskrona jest miastem zieleni, z historycznym, mającym charakter twierdzy wojskowej, systemem fortyfikacji, i bardzo nowoczesną stocznią. Mieści się tu, strategiczna siedziba marynarki wojennej Szwecji. Na ulicach widzieliśmy wielu marynarzy. Zaopatrzeni w mapy, ruszyliśmy do trasy E-22 biegnącej w kierunku Malme i Geteborga. Zwiedzanie Karlskrony, odłożyliśmy do czasu naszego powrotu na prom. Przez kilkanaście km. jechaliśmy biegnącą wzdłuż, lub w pobliżu  trasy ścieżką rowerową. Ok. 20 km. za Karlskroną zostałem wyprzedzony przez dziewczynki, podczas niewielkiego podjazdu. Jak się później okazało, uchroniło to dzieci od niespodziewanego niebezpieczeństwa. Dziewczyny pomknęły rowerami z góry, niczym strzały, a ja na Treku z przyczepką, za nimi. Gdy byłem rozpędzony do ok. 28 km/h, rowerem zaczęło trząść na boki, rozległ się metaliczny dźwięk, i przyczepka odczepiła się od roweru wykonując przy okazji kilka "koziołków". Całe szczęście, że nikt za mną nie jechał. 


Oparłem rower o najbliższe drzewo, usunałem przyczepkę ze ścieżki, i sprawdzaiłem czy nie ma uszkodzeń, w workach były bowiem nasze namioty i śpiwory. Poza przetartym workiem, większych uszkodzeń na szczęście nie było. Dziewczynki, widząc dłuższy brak mojej osoby, zawróciły. Wspólnymi siłami zczepiliśmy ponownie przyczepkę z rowerem, regulując i sprawdzając dokładnie stan złącza. Dziś z perspektywy czasu, trudno mi jednoznacznie określić dlaczego przyczepka  odczepiła się od roweru. Nie jest jednak wykluczone, że powodem była zbyt duża prędkość, roweru z przyczepką obciążonych łącznie ok. 35 kg. ekwipunku. Wydarzenie to, w połączeniu z kilkoma innymi faktami natury organizacyjnej, wpłynęło na kolejną korektę trasy naszej wyprawy. Przed wyruszeniem w dalszą drogę, ustaliłem z dziećmi, że rezygnujemy z dojazdu do Kopenhagi, wracamy i pojedziemy na wyspę OLAND, a jeśli zdążymy, przed dniem odpływu promu (22.08), odwiedzimy także wyspy w pobliżu Karlskrony. 


Leśnym szlakiem rowerowym, przejechaliśmy kilka km. do sklepu w pobliżu miasta NATTRABY, gdzie zaopatrzyliśmy się w pieczywo. Dziewczynki wybrały, przypominający smakiem polski chleb tostowy. Ten 1 kg. szwedzki wyrób o nazwie Storform, kosztował 9,90 korony. Licząc kurs sek. po 50 gr, wynosi to 4 zł, 95 gr. Stanowił on nasze podstawowe pieczywo, przez cały okres wyprawy. W tym miasteczku, szwedzka artystka Malin Svenson, przebudowała starą wieżę ciśnień, na hutę szkła artystycznego. Na pobliskich ławeczkach, przyżądziliśmy prosty, złożony z kanapek posiłek. Zbliżała się godź. 17.30 i trzeba było rozejżeć się za bezpiecznym miejscem na nocleg.  Ruszyliśmy w dalszą drogę, kierując się w okolice miejscowości SKAYKULA.  Na szutrowej odnodze lokalnej drogi, w pobliżu lasu i dużego  rozlewiska, stał duży ładny domek. Spytaliśmy jego mieszkankę,  starszą panią o możliwość rozbicia namiotów na łące.

Widząc nas, kobieta z uśmiechem na ustach wyraziła zgodę, wskazując jednocześnie miejsce. Po rozbiciu namiotów, przy zapadających ciemnościach, poszliśmy na spacer w kierunku przystani mieszczącej się przy sąsiednim domostwie. Poznaliśmy tu pomysłowość szwedów przy urządzaniu własnego gospodarstwa.  Za domkiem starszej pani, mieścił się  naturalny rezerwat przyrody. Ładnie urządzone oczko wodne po którym pływały kaczki, a nieco dalej wiele drzew i bujna roślinność, mieszająca się z naturalnymi skałami, wystającymi z ziemi. Całość tego "ogrodu" robiła   fantastyczne wrażenie. Gospodarze domku z przystanią, wyrazili zgodę na naszą kąpiel. Woda nie okazała się zbyt ciepła, a dno pełne  wodorostów, co osobiście sprawdziłem. Dziewczynki  ograniczyły się do najprostrzej kąpieli i toalety. Wracając, uzupełniliśmy u gospodarzy zapasy wody do picia. Zjedliśmy kolację i uciekając przed komarami, skryliśmy się w namiotach na nocny odpoczynek.
Dystans 52 km.

SOBOTA 11.08.


W słoneczny sobotni poranek, bylismy  na nogach ok. 8 rano. Toaleta, śniadanie i zwinięcie namiotów, zajęło nam ok. 2 godź. Ruszyliśmy  w drogę powrotną do Karlskrony, robiąc po drodze zakupy pieczywa, w sklepie ICA. w sąsiadującym z Karlskroną centrum handlowym. Przez LUCKEBY.i RAMDALĘ, jechaliśmy w kierunku miasta JAMJO. Kręty i pofałdowany teren, zmusił nas do pokonania kilku solidnych podjazdów.  Dziewczynki poradziły sobie jednak bardzo dobrze z doborem przełożeń w rowerach. W JAMJO, zjeźdźamy z trasy E-22 na lokalną drogę, kierując się do małej miejscowości KRISTIANOPEL, nad samym morzem.  Podczas przejazdu, mieszkańy okazywali na nasz widok, zainteresowanie i sympatię,   Droga którą jedziemy, wiedzie przez tereny leśne, przy których stoi bardzo wiele  gospodarstw. Przy każdym, ładnie wystrzyżone trawniki, ogrody z altanami, place zabaw dla dzieci i różne nieodłączne  łodzie.

Gdy dochodzi godź. 18, rozglądając się za miejscem na  nocleg,  przy zabudowaniach, pytamy gospodarzy o zgodę na rozłożenie namiotów na 1 noc. Młody mężczyzna w wieku ok. 30 lat, bez wahania wskazuje nam trawnik obok własnego domku.  Stała na nim również okrągła trampolina, co oznaczało, że w domu gospodarzy, są dzieci. Dziewczynki z wyraźną ulgą, przyjęły zgodę gospodarza. Od rana pokonaliśmy już ok. 50 km, odczuwały więc zmęczenie. Ustawiliśmy rowery przy ogrodzeniu z naturalnych kamieni, i rozłożyliśmy namioty. Naszej pracy, z zaciekawieniem przyglądały się 2 dziewczynki- córki gospodarzy, 5 letnia Teah(Tija), i 9 letnia Lina.  Gdy namioty już stały, zaprosiły Alę i Olę do wspólnych podskoków na trampolinie. Nawiązanie dziecinnych znajomości, nie trwało długo, i bariera językowa nie stanowiła problemu.. Zamim się zorientowałem, Alicja podskakiwała razem z małymi szwedkami, dowodząc że 50 km. na rowerze z ekwipunkiem, wcale nie wyczerpało jej energii. Po kilku minutach, do podskoków dołączyła jeszcze Ola.

Przyglądaliśmy się tej zabawie, razem z gospodarzem, Peterem i jego żoną  Aną. Zaprosili nas  do domu. i zaproponowali kapiel i wspólną kolację złożoną z pizzy. Moje panny i ja, byliśmy niemal wniebowzięci, po takim przyjęciu. Pizza  rozkręciła nasze spotkanie. Dzieciaki poszły razem do pokoju, prowadzić ożywione rozmowy i oglądać telewizję. Ja przy kawie, odbyłem przemiłą rozmowę z Aną i Peterem. wkładając we własną znajomość j. angielskiego, mnóstwo inwencji twórczej. Wspomagały mnie językowo Paulina z Justyną.  Przedstawilismy naszą rodzinę, i sami  wiele dowiedzieliśmy się o Anie i Peterze.  Nasze polsko-szwedzkie spotkanie zakończyło się o 1 w nocy, zaproszeniem od Any i Petera, na wspólne śniadanie. Po takim sympatycznym spotkaniu, sen w namiotach stał się ukoronowaniem bardzo ciekawego dnia.
Dystans 47 km. 

 

NIEDZIELA 12.08.


Niedzielny poranek, powitał nas promieniami mocno grzejącego słońca. Do  pobudki, zachęciła nas wizyta, bardzo wesołej Teij. Moje panienki bez wahania wyskoczyły z namiotów, i poszły kolejno wykonać poranną toaletę. Szybko złożyliśmy namioty, i spakowaliśmy ekwipunek na nasze rowery. Alicja i Ola, przeszły serię podskoków na trampolinie w towarzystwie Teij i Liny. Uznałem, że będzie to świetna rozgrzewka. W domku, czekało już na nas, przyżądzone przez Anę, smakowite śniadanie złożone z jajecznicy. Małe szwedki pokazały moim pociechom swój domowy zwierzyniec, kota, i okazałego  królika. Pożegnaliśmy przemiłą szwedzką rodzinę, wymieniliśmy adresy i drobne upominki. Wszyscy mamy nadzieję, że jeszcze się spotkamy, może w Polsce??!!

Do KRISTIANOPEL, drogą prowadzącą przez lasy, dojechaliśmy w samo południe. Ta  mała miejscowość słynie z przepięknych prywatnych ogrodów, różanego i lawendowego, gospody utrzymanego w XVIII wiecznym stylu, oraz dużego kąpieliska,  campingu i portu jachtowego. Nie brakuje tu punktów gastronomicznych, ale ceny posiłków, z naszego punktu widzenia raczej dla osób z zasobnymi portfelami, np. obiad z filetem rybnym za 55-65 koron dla 1 osob(27-32 zł). Rozłożenie 1 namiotu na campingu, mimo schyłku wakacji, wiąże się z wydatkiem od 160 do 200 koron(80-100 zł),  ale znając j. angielski, można negocjować. Wjechaliśmy do portu, żeby nieco odpocząć, spożyć posiłek i zrobić pamiątkowe fotki. Na portowym placu, stały rzędy ławek dla turystów, obok nich, stare armaty, i budki w których oferowano wiele artykułów pamiątkarskich. Wśród wielu jachtów różnej klasy, zacumował jeden z grupą młodych polaków. Przypłynęli samodzielnie ze Świnoujścia.

Na końcu przystani, barczysty mężczyzna, rozmawiał z przepiękną zielonkawo-żółtą papugą, która siedziała na słupie. Ptak nasladował głos swego opiekuna.  Dziewczynki korzystając z ładnej pogody, chciały się wykąpać. Przejechaliśmy w pobliże kąpieliska, i wskoczyły do wody. Przyjemność nie trwała  zbyt długo, bo wzmógł się chłodny wiatr. Przy kąpielisku, spotkaliśmy 2 bikerów z Warszawy, którzy również, zwiedzali Szwecję na rowerach. Wzięliśmy mapy z biura turystycznego, i ruszyliśmy w dalszą drogę do Kalmaru. Lokalne drogi poprowadziły nas przez gęste lasy, i łąki obok miasta BROMSEBRO, do parkingu o nazwie BROMS, tuż przy trasie E-22. Stał tam budynek z czystymi toaletami, pełniący również w dzień funkcję kiosku z prasą i biura informacji turystycznej. Na  zielonym terenie parkingu znajdowały się też zestawy ławek dla podróżnych i plac zabaw dla dzieci. Zbliżał się wieczór, uznaliśmy z dziewczynkami, że zostaniemy tu na noc, umyjemy się i wysuszymy mokrą jeszcze bieliznę i ręczniki. Zabezpieczyliśmy rowery pod zadaszeniem, rozbiliśmy namioty na trawie i zrobiliśmy kolację z naszych zapasów. Dziewczynki zwierzyły mi się przy kolacji, że Szwecja bardzo im się podoba.  
Dystans 23 km.

PONIEDZIAŁEK 13.08.


Grzejące słońce, dało sygnał, że czas ruszyć w dalszą drogę. Co ciekawe, dziewczynki podczas każdej nocy spędzonej w Szwecji pod namiotami, spały jak susły. Żadna nie narzekała na jakiekolwiek  niewygody, mimo że był to nasz pierwszy wyjazd z noclegami w namiotach. Szybko uwinęły się z toaletą, i pomogły mi przyżądzić śniadanie. Składało się ono z tostowego szwedzkiego chleba, i kanapek z żółtym serem, filetem śledziowym, kremem czekoladowym lub pasztetem. Uzupełnieniem były, zupy typu "gorący kubek". Przebraliśmy się, i ze skompletownym ekwipunkiem, ruszyliśmy na dalszy podbój  Szwecji. Od Kalmaru, dzieliło nas jeszcze ok. 50 km.

Na tym etapie naszej podróży, musieliśmy wjechać na trasę E-22. Jechaliśmy nią kilkanaście km. wąskim pasem pobocza. Szwedzcy kierowcy omijali nas ze sporej odległości. Jednak popsuła się pogoda, wiać zaczął dość silny wiatr. Jazda na obciążonych sakwami rowerach, po pagórkowatym terenie i porywach wiatru, sprawiała Alicji i Oli, sporo problemów. Tempo naszej jazdy, spadło. Minęliśmy  miasto BERGKWARA., i dojechaliśmy do SODERAKRY. Zjechaliśmy ponownie na lokalną drogę nr 130, i dotarliśmy na parking w miasteczku HAGBY, Kupiliśmy chleb, zrobiliśmy zapas wody, i drogą pośród lasów i łąk, ruszyliśmy do VASSMOLOSY. Tuż za tą miejscowością, zatrzymaliśmy się na parkingu przy drodze.  Dziewczynki z radością przyjęły moją decyzję o 30 min odpoczynku. Ustaliłem z nimi na podstawie mapy, że dojedziemy do parkingu w pobliżu miasteczka LJUNGBYHOLM, i tam  zatrzymamy  się na noc. 

Niewielki dystans od parkingu w okolicachVASSMOLOSY, przejechaliśmy bardzo szybko. Trochę zieleni, i drewniana toaleta, niestety bez dostępu do bieżącej wody. Za  drucianym odgrodzeniem od trasy, rozciągał się, duży naturalny rezerwat przyrody, przypominający nieco oazę na pustyni. Liczne drzewa i krzewy, mieszały się tu z niezliczoną ilością skał. Rozbiliśmy obozowisko, zjedliśmy kolację, i przykryliśmy nasze rowery płachtami folii, chroniąc je przed deszczem, na który się zbierało. Gdy układaliśmy się do spoczynku, deszcz grał już na namiotach wspólnie z wiatrem, swoją własną melodię.
Dystans 45km.

WTOREK 14.08.


Krople stukającego o namioty deszczu, nie pozwoliły nam zbyt długo odpoczywać. Silny wiatr, targał namiotemi.  Pogoda, zdawała się nie wróżyć udanego dnia. Ok.  8, deszcz przestał padać, jednak wiatr nie dawał za wygraną.  Korzystając z poprawy pogody, rozbieraliśmy namioty, starając się jednocześnie wystawić tropiki na wiatr, by je osuszyć.  Suchy ekwipunek spakowaliśmy na nasze biki, i ruszyliśmy w dalszą drogę. Do Kalmaru pozostało  ok. 12 km, i przejazd pośród lasów i łąk, nie trwał długo.  Wjazdowa droga do centrum miasta, to zjazd z solidnej góry. Jadąc ścieżką, wzdłuż głównej drogi, trzeba było zachować stałą kontrolę nad ciężkimi rowerami. Miasto bardzo ładne, duża ilość zieleni, szerokie drogi ze szlakami rowerowymi, bardzo wiele przystani wodnych  i zabytków.

Dojechaliśmy do dworca kolejowego w centrum. Taksówkarze pokazali nam, jak  dotrzec od biura turystycznego. Jest w dużym budynku, na głównej ulicy, przy nabrzeżu portowym. Dziewczynki zatrzymały się na ścieżce, obserwując bardzo fajny zwyczaj mieszkańców Kalmaru. Na drewnianym podeście, grupa ludzi w różnym wieku, tańczyła w takt muzyki zespołu ABBA. Wyglądało to bardzo sympatycznie.  Długo się temu przyglądały, a ja pozyskałem w biurze mapy Kalmaru i całej wyspy Oland. Na pobliskiej wysepce Slottsfjarden, górował renesansowy Kalmarski zamek. Został zbudowany i zmieniony w twierdzę przez szwedzkich królów z dynastii Wazów, Gustawa, Eryka XIV i Johana III.  Z małej wyspy leżącej przy spacerowym skwerze, zrobiliśmy fotki zamku i ruszyliśmymy w poszukiwaniu miejsca na nocleg. Przejechaliśmy obok  centrum handlowego, portu, i starówki, aż do drogi w kierunku Sztokholmu. Po następnych kilku km. dotarliśmy do terenów leśnych na rogatkach Kalmaru.. Było tam mnóstwo miejsca na rozbicie namiotów. Rozłożyliśmy więc obozowisko i przygotowalismy kolację, Po wieczornym spacerze pośród szumiącego lasu, ułóżyliśmy się do snu. 
Dystans 35 km.

ŚRODA 15.08. 


Dzień zaczął się bardzo ciekawie, bo to nie ja budziłem dziewczyny, ale one mnie. Gdy wstałem ok. 8.30, część naszego ekwipunku, była już spakowana, a śniadanie prawie gotowe. Z Kalmaru na wyspę Oland, prowadzi droga przez nowoczesny most o długości 6072 m. Rowerzyści jeździć po nim nie mogą. Ich transport zapewnia codzienny, kursujący od godz. 7 do 19, specjalny CYKELBUSS. To autobus z dużą przyczepą na rowery. Z Kalmaru odjeżdża o każdej pełnej godz. a z wyspy w połowie każdej godz. Przejazd trwa ok. 20 min, i kończy się na parkingu ok. 7 km. od centrum miasteczka portowego Farjestaden. Mieliśmy sporo szczęścia, bo miejsce odjazdu autobusu, oddalone było do naszego noclegu, nie dalej niż 500 m.

Kilka minut po godz. 10. siedzieliśmy już wygodnie w autobusie, i podziwialiśmy fantastyczne widoki z okien, na Kalmar i wyspę Oland. Olandia jest ulubionym miejscem wypoczynku szwedów podczas wakacji. Wyspa  uważana jest za słoneczną, ale często wieje na niej silny wiatr. Doskonale zorganizowana baza turystyczna, ponad 20 campingów, setki km. ścieżek rowerowych, bogactwotwo zieleni, rejsy statkami, przyciągają podczas wakacji mnóstwo turystów. Całkowita długość wyspy wynosi 137 km, a szerokość ok. 16km. Unikalna przyroda płaskich pastwisk, zmienia się tu wraz z wiosną w bujne wrzosowiska. Roślinność ta wpisana jest na listę dziedzictwa Unesco. Z parkingu, po wyładowaniu rowerów, pojechaliśmy do centrum pobliskiego miasteczka FARJESTADEN. Kupiliśmy zapas chleba, i skierowaliśmy   się do portu jachtowego i kąpieliska. Na betonowym molo, zrobiliśmy  pamiątkowe fotki, i wróciliśmymy  na drogę 136 w kierunku miasta Borgholm. Po drodze odwiedzilismy imponujący kompleks rozrywki z basenami, zoo, parkiem piratów i bajkową krainą.. Wszystko wygląda bardzo atrakcyjnie, ale abyśmy wszyscy weszli, kosztowałoby nas to 1100 koron(550 zł).

 Ruszyliśmy dalej, aby jak najwięcej zobaczyć na północy wyspy. Podczas naszego przejazdu drogą 136, widzieliśmy krajobraz pełen pól, łąk i   krzewów,  liściastych i iglastych lasów. Nie zabrakło symbolu Olandii,  licznych watraków. Z ok. 2000 zostało ich już tylko 355. Za miasteczkiem Ralla, silny wiatr, dał znać o sobie, mocno spowalniając tempo naszej jazdy. Zatrzymaliśmy się więc na nocleg na przydrożnym parkingu. Od Borgholmu dzieliło nas ok. 12 km. Zrobiliśmy nieco porządku w naszych bagażach, przejżeliśmy topniejące z dnia na dzień zapasy żywności, rozbiliśmy namioty i przygotowaliśmy kolację. Przed snem zabezpieczyliśmy jeszcze folią rowery przed deszczem, co okazało się czynnością bardzo przezorną.
Dystans 38 km. 

CZWARTEK 16.08. 


Obudziły nas o. godz. 7, silne podmuchy wiatru, i krople deszczu podskakujące na namiotach. Pochmurne niebo, nie zwiastowało przyjemnego dnia. Szybko uwinęliśmy się z poranną toaletą, jednak śniadanie musieliśmy jeść w namiotach, co zbyt wygodne nie było. Z nadzieją spoglądaliśmy na niebo, oczami wyobraźni widząc że deszcz przestaje padać. Ale nie przestawał, a jeszcze się wzmógł. W  tych warunkach, nie zamierzałem ryzykować jazdy na obciązonych rowerach. Dla najmłodszych córek Ali i Oli, na pewno by to łatwe i bezpieczne nie było. Pogoda poprawiła się dopiero ok. 11. Przestał padać deszcz, mogliśmy więc osuszyć namioty i je spakować. Ruszyliśmy w kierunku miasta Bergholm, około południa.

Po naszej lewej stronie, minęliśmy kilka starych wiatraków. Po prawej, rozciągał się wielki  teren różnej roślinności. Z dalszego  horyzontu, wystawały, ruiny starego  zamku. Odwiedzimy go w drodze powrotnej. Nie przypuszczałem wtedy, że pogoda da nam w kość na tyle solidnie, że nastąpi to jeszcze dziś. Nim wjechaliśmy do miasta, minęliśmy z prawej strony rezerwat przyrody Alvaret. Pełne traw mieszanych ze skałami i krzewami, odludne płaskie pastwisko. W okolicy trudno było wypatrzeć, choćby jedno domostwo. Przy wjeździe do Borgholmu, dopadł nas niemal ulewny deszcz. Uciekliśmy przed nim na teren nadmorskiego campingu Kapelludden. Stało tam wiele samochodów z przyczepami, ale goście schowali się w ich wnętrzach. Cena za rozłożenie 1 namiotu 180 koron, w tym okresie wakacji, umiarkowana.  Schroniliśmy się przed ulewą, pod dachem tarasu restauracji, za  zgodą jej właściciela. Podczas ulewy, dziewczynki poprosiły mnie, abyśmy wracali do Karlskrony. Nie mogłem odmówić racji ich argumentom. Do promu powrotnego pozostało nam niepełne 7 dni. Pogoda się psła coraz bardziej. Jeśli załamie się na dobre, a takie ryzyko jest realne, będziemy musieli gonić do Karlskrony nawet w deszczu.  Ze skrywanym rozżaleniem, zgadziłem się więc  zawrócić.  Dziewczyny przyrzekły mi, że jeżeli  wcześnie wrócimy, a pogoda będzie dobra, chętnie pojadą jeszcze na wyspy w pobliżu Karlskrony.


Po zawarciu z dziećmi kompromisowej umowy, mój humor nieco się poprawił, a wraz z nim pogoda. Korzystając więc z faktu, że deszcz nie pada, wyjeżdżamy z Borgholmu i kierujemy do  ruin starego zamku Borgholm. Stoi na wzgórzu, ok. 1 km za miastem. Prowadzi do niego asfaltowa, przechodząca w szutrową droga, zbudowana niemal na pustkowiu. U  podnóży zamku, stoi kilka  budynków. W jednym z nich mieści się biuro turystyczne z makietą zamku, pamiątkami historycznymi, sklepikiem dla turystów i kasą. Na duży parking co chwilę podjeżdżają kolejne samochody. Wielkie mury zamku swoimi rozmiarami, robią, duże wrażenie.  Zamek zbudowany  w 1572 roku, w miejscu starej warowni, w późniejszych latach, został przebudowany. W roku 1806 uległ poważnym zniszczeniom z powodu pożaru. W ruinach organizowane są obecnie, koncerty muzyczne. Zwiedzenie zamku wiąże się z wydatkiem 50 koron od osoby. Robimy tylko pamiątkowe zdjęcia, i widząc że niebo znów się chmurzy, kierujemy się do głównej trasy. Po przejechaniu kilkunastu  km,  zatrzymujemy się na dużym parkingu z ławkami i toaletą. Za bujnymi krzewami, i ogrodzeniem z naturalnych kamieni, rozciąga się widok na pola, i łąki.  Przez lornetkę, dostrzegamy również most do Kalmaru. Na zadaszonych ławkach przyrządzamy kolację, i rozkładamy namioty. Wszyscy bardzo szybko zasypiamy.  
Dystans 36 km. 

PIĄTEK 17.08.


Ze snu zostałem wybudzony o 5 rano, przez podmuchy targającego namiotami wiatru. Padający  obficie deszcz wsiąkał w ziemię jak w gąbkę. Poprawiłem podwianą folię na rowerach, przycisnąłem kamieniami i ponownie zasnałem. Kolejną pobudkę dziewczyny zrobiły mi o 8 rano. Wiatr wiał nadal, ale słabiej,  a padał  już tylko słaby deszcz. Gdy ustał ok. 9, dość szybko udało się nam osuszyć wiatrem tropiki namiotów.  Po śniadaniu, spakowani ruszyliśmy z powrotem do Kalmaru. Po póltorej godzinie  jazdy, pojawiliśmy się na parkingu, z którego autobus z przyczepą, zabierał rowerzystów. Niestety do 14.30 autobus nie kursował z powodu przerwy. Pojechaliśmy więc do Farjestaden, zakupić chleb na zapas. Gdy wróciliśmy na parking  autobus właśnie podjeżdżał. 

W Kalmarze, odebraliśmy nasze rowery z przyczepy, i ruszyliśmy do centrum miasta. Ścieżką rowerową dotarliśmy do rynku, na którym stała XVII wieczna katedra i ratusz. W roku 1647, średniowieczną zabudowę miasta zniszczył pożar. Miasto zostało odbudowane na wyspie Kvarnholmen w stylu barokowym, z przecinającymi się pod kątem prostym ulicami. Na tychże uliczkach, było wiele sklepów, lokali. Przed jednym z nich, garncarz, tworzył z gliny swój kolejny garnek. Wyjechaliśmy za starówki, starą miejską bramę Vasterport, wprost na centrum handlowe przy głównej ulicy. Stamtąd ruszyliśmy do parku przy którym stał, znany nam już, średniowieczny kalmarski zamek. Zostawiliśmy nasze rowery, przy specjalnych stojakach, i bez obaw o ich los, weszliśmy na terem zamku. W głębokim rowie ograniczonym solidnymi murami dawnej fosy, zieleniła się trawa. W dolnych murach, wykutych było wiele otworów strzelniczych, na górnych stały wieże boczne. a na górnym zamku, kilka starych armat. Przez gruby murowany tunel, dotarliśmy do zamkowego dziedzińca. Stała tam mała budka z pamiątkami dla turystów. Zwiedzanie zamku kosztuje 75 koron od osoby. Uznaliśmy, że pamiątkowe zdjęcia, będą wspaniałą pamiątką z odwiedzenia tego historycznego zabytku. Wróciliśmy do rowerów, i ruszyliśmy w kierunku rogatek miasta. Teraz nasza droga prowadziła inną trasą, niż przy wjeździe do Kalmaru. 


Na pobliskiej stacji benzynowej, pracownik podarował nam mapę, i wyjaśnił jak lokalną drogą, a potem ścieżką rowerową dojechać do Ljungbyholm. Doskonale wkomponowana w zielone i leśne tereny ścieżka, poprowadziła nas przez ponad 15 km, do miasteczka Tvarskog. Tu odwiedziliśmy miejscowy sklep, gdzie za namową dzieci za 35 koron kupiłem kurczaka z rożna, chleb i napoje. Gdy na pobliskich ławeczkach przymierzaliśmy się do konsumpcji posiłku, z nieba spadła ściana obfitego deszczu. Od  przemoczenia, uchronił nas, duży zadaszony przystanek autobusowy. Tam, dokończyliśmy posiłek.  W ciągu pól godziny, deszcz przestał padać, mogliśmy więc jechać dalej.  Krajobraz wokół drogi, przypominał gęstą  puszczę, pośród której stały obszerne gospodarstwa.. Kilka km, za miastem, na drodze nie było śladów deszczu. Pośród gęstego lasu, uzyskaliśmy zgodę starszego pana, na rozbicie namiotów na  trawniku, przed jego ładnym domem. Gospodarz pomógł mi schować nasze rowery do garażu, a dziewczyny w tym czasie rozłożyły namioty. Potem zaproponował nam toaletę w łazience.  Odświeżone dzieciaki z szybkością błyskawicy, schowały się w namiotach. Potem zapadła niezmącona niczym cisza.
Dystans 57 km.

SOBOTA 18.08.


Po nocy na łonie natury, pośród czystego powietrza i szumiącego lasu, wstaliśmy ok. 7.30 jak nowonarodzeni. Gospodarz planował wyjazd z domu ok. 9, więc trzeba się było pośpieszyć  ze zwinięciem namiotów.  Po toalecie i śniadaniu, pożegnaliśmy uprzejmego gospodarza, dziękując za życzliwość. Kierowaliśmy się do miasta Paryd. Długie odcinki naszego przejazdu, prowadziły przez lasy, przechodzące w łąki i pola. Krajobraz coraz bardziej przypominał tereny górskie. Po dotarciu do w/w miasta, kupiliśmy pieczywo i napoje, na parkingu zrobiliśmy przerwę na mały posiłek. Następnym etapem w drodze do Karlskrony, było duże miasto Torsas.

Do niego droga usłana była licznymi zakrętami, podjazdami i zjazdami z góry. Jechaliśmy znów pośród wysokich liściastych i iglastych lasów, pól i łąk, a wzdłuż drogi wiła się  szeroka górska rzeka. Cały ten obszar, był naturalnym rezerwatem przyrody. Zaciekawieni ładnymi widokami, zatrzymaliśmy się w przydrożnej zatoczce.  Za barierką, po stromym zboczu, zeszliśmy stromą ścieżką w dół nad samą rzekę. Była tam przystań z ławkami, i drewniany pomost ograniczający kapielisko.  Niemal na środku rzeki, falował na wodzie drewniany pomost z drabinką, zapewne dla lepszych pływaków. Słońce odbijało się od wody, tworząc razem z zielenią drzew, przyrodniczą kolorową mozajkę. Gdy znów ruszyliśmy, kręta pagórkowata droga, rozciągnęła naszą rowerową kawalkadę, zwłaszcza na podjazdach. Atrakcyjność widoków jednak nie malała.

Na wysokich przydrożnych skałach, ciągnęły się  iglaste lasy, po drugiej stronie drogi, płynął schowany wśród drzew i krzewów, niezbyt szeroki strumień. Późnym popołudniem dotarliśmy wreszcie do Torsas, zrobiliśmy kolejny zapas pieczywa i nieco zmęczeni licznymi wspinaczkami, zaczęliśmy się rozglądać za miejscem na  nocleg. Na rogatkach miasta, w jednym z domków, zapytany młody gospodarz, zgodził się na rozstawienie namiotów na swoim podwórzu. Po kilkunastu minutach, wrócił i zaoferował nam, nocleg na podłodze w nowym sosnowym domku, i kąpiel po natryskiem. Po kapieli,perspektywa spania na deskach, nas nie przeraziła. Rano gospodarz musiał jechać na godz. 9 do pracy, a dwoje jego dzieci musiało iść do szkoły. Zjedliśmy więc kolację, w strumieniu umyliśmy naczynia, i na tym zakończył się nasz kolejny szwedzki dzień.
Dystans 48 km.

NIEDZIELA 19.08.


Noc spędzona na twardej drewnianej podłodze, przyczyniła się do wczesnej pobudki. Spakowanie ekwipunku i sniadanie na ławeczkach przy strumyku,  nie trwało długo. Podziękowaliśmy gospodarzowi, i ok. 9 rano, ruszyliśmy w dalszą drogę. Przez ostatnie 2 dni, przejechaliśmy bardzo dużo km, dzięki sprzyjającej pogodzie. Od Karlskrony dzieliło nas ok. 30 km. Ustaliłem z dziewczynkami, że dotrzemy na nocleg, do dobrze nam znanej przystani na osiedlu Ringo. Droga nadal prowadziła pośród lasów i łąk, wznosząc się lub opadając. Minęliśmy  kilka pól golfowych i  stadninę koni,  Moje panny z podziwu godną wytrwałością, znosiły męczące podjazdy. W południe, zrobiło się bardzo ciepło i niemal bezwietrznie. Wreszcie dotarliśmy do Karlskrony. W znanym nam sklepie ICA, zrobiliśmy kolejne zakupy pieczywa na zapas. Na osiedle Ringo, dotarliśmy ok.15.  

Przy przystani kręciło się grono dzieciaków, niektóre skakały do wody. Grupa chłopców z zapałem zarzucała na końcu mola wędki, co kilka minut wyciągając na haczykach szarpiące się ryby. Po wodzie z pluskiem fal, pędziła duża motorówka. Schowaliśmy  ekwipunek w przebieralni, a potem moje panny szybko się przebrału, i pobiegły poszaleć w wodzie. Nie miałem ątpliwości, że ta przyjemność, po prostu im się należy. Gdy dziewczyny pływały, przygotowałem im gorącą herbatę i posiłek. Pod wieczór, na przystani zostaliśmy już tylko my. Rozbiliśmy namioty, zjedliśmy kolację przy której ustaliliśmy, że jutro pojedziemy na wyspy Senoren i Sturko.
Dystans 37 km.

PONIEDZIAŁEK 20.08.


Obudziły mnie głosy, dobiegające znad przystani. Nieco zaniepokojony szybko wstałem sprawdzić, co się dzieje. Kilku mężczyzn i chłopców, beztrosko oddawało się wędkowaniu, co kilka minut wyciągając z wody wierzgające na haczyjach ryby. Obudziłem mocno śpiące dzieciaki. Zrobiliśmy toaletę, śniadanie i zabraliśmy się do zwijania obozowiska. Słońce świeciło coraz mocniej, i zapowiadał się ładny dzień. Spakowani ruszyliśmy znów w kierunku Lyckeby. Jechaliśmy  dobrze znaną ścieżką rowerową, wzdłuż trasy E-22, po miejscami mocno wznoszącym się, krętym lub spadającym z góry terenie, na którym dominowały pola i łąki. W pobliżu miasteczka Ojersjo, drogowskaz informował o lokalnej drodze w kierunku wysp Senoren, Sturko i Tjurko.

Ten rejon, pelen jest licznych zatoczek, przystani i campingów. Ceny wszędzie podobne np. za rozstawienie 1 namiotu od 180 do 240 koron (90-120 zł). Po kilkunastu km, za małą osadą Mocklo, przed nami pojawił się bardzo stromy wjazd na most Mocklosund. Dziewczyny podjęły sportowe wyzwanie z pełnym sukcesem, kosztowało je to jednak bardzo dużo wysiłku. Z obu stron mostu rozciągała się szeroka panorama na bardzo duży akwen wodny, zatoki i wielkie leśne tereny,  pośród okolicznych wysp. Zjeżdżając z mostu skręciliśmy na parking. Tam złapaliśmy "drugi oddech". Na parkingowym zieleńcu, odbywał się szwedzki jarmark staroci. Stało tu mnóstwo  straganów, z wystawionymi do sprzedaży odzieżą, porcelaną, wyrobami rzemieślniczymi, płytami gramofonowymi, itp.  Kupujących nie brakowało. Przyglądaliśmy się temu, z zaciekawieniem, przez kilkanaście minut.  Z głośników stojącej  obok restauracji pełnej gości, dochodziła muzyka zespołu  ABBA. Kilka par tańczyło na parkiecie. Obok restauracji, stał też budynek z dobrze wyposażoną toaletą,


Krętą, wznoszącą się na długim odcinku drogą, pośród lasów i łąk, ruszyliśmy dalej z zamiarem dotarcia do campingu na krańcach wyspy Sturko.  Kilka km. dalej, przejechaliśmy przez most z wyspy Senoren, na Sturko.  Po kolejnym wzniesieniu,  w małej miejscowości Bredavik, zobaczyliśmy duży zabytkowy wiatrak, własność rodzinnej firmy. W jego wnętrzu znajdowało się muzeum  historii wyspy i  wiatraków które na niej pracowały. Za wiatrakiem droga skręcała w lewo. Przez  5 km. wzdłuż drogi, rozciągał się  krajobraz pełen wodnych roślinności, licznych małych przystani. i zielonych łąk na których pasły się konie. Ta dotarliśmy do campingu o nazwie Sturko. Na dużym  terenie,  stało  wiele przyczep kampingowych i domków. Ceny niezbyt rewelacyjne np. namiot 160-190 koron(80-90 zł). Z plaży rozciągał się widok na bardzo duży akwen wodny, z licznymi zatokami i lasami na brzegach. Drewniane bardzi długie molo, prowadziło w głąb wody, stanowiąc główny punkt dużego kapieliska. Dno pokryte było wodorostami lub kamieniami, w wodzie pływały małe rybki i meduzy. 


Moje pociechy zapytały mnie, czy mogą się  wykąpać. Gdy pozwoliłem, Alicja, Ola i Paulina bez wahania wskoczyły do wody. Justyna pełniła rolę ratownika, a ja przygotowałem posiłek i gorącą herbatę. Po kapieli, apetyt dopisywał dziewczynkom, niczym wilkom, aż zabrakło chleba. Postanowiliśmy więc wrócić na parking przy moście Mocklosund na nocleg, a po drodze zakupić pieczywo na zapas w sklepie ICA.. Zrealizowanie tego zamiaru, udało się nam, tuż przed zamknięciem sklepu o godz. 18. Na ławkach pod zadaszeniem, spożyliśmy kolację. Rozbiliśmy namioty, w miejscu osłoniętym od wiatru.  Rowery schowaliśmy przed deszczem pod zadaszeniem, przy ławkach. Przed snem, poszliśmy jeszcze na  spacer. Oświetlony most Mocklosund, wyglądał bardzo efektownie. Mogliśmy podziwiać z niego,  nocne widoki na zatoki i wyspy archipelagu Karlskrony.
Dystans 43 km.

WTOREK 21.08.


Poranne krople rosy niknęły z namiotów, pod wpływem podmuchów silnego wiatru. Dziewczyny z ochotą wstały, szybko wykonały poranną toaletę.  Zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy w kierunku Karlskrony.  Mieliśmy w planie, jeszcze jedną wizytę w tym portowym mieście. Przez Ramdalę i Luckeby, dotarliśmy do centrum znanym  szlakiem rowerowym.  Wąską kładką, weszliśmy na kamienną wyspę z której był doskonały widok na wszystkie strony  miasta. W pobliżu wyspy tryskała woda z fontanny. Pamiątkowe zdjęcia robili nam nasi rodacy, również zwiedzający Szwecję rowerami. Przez tętniące zyciem, ulice  pojechaliśmy na mieszczący się na wzgórzu, rynek miasta STORTORGET gdzie pierwszego dnia, byliśmy bardzo krótko. 

Naprzeciw biura informacji turystycznej, stoi zwieńczony potężną kopułą kościół św. Trójcy, a nieco z boku barokowy kościół  św. Fryderyka. Obie świątynie wzniesiono w XVIII w. na zlecenie mniejszości niemieckiej.  Na rynku stoi również miejski ratusz, i pomnik króla Karola XI. Przy targu rybnym, mieści się Blekinge museum, ze zbiorem eksponatów historycznych regionu. Zwiedzać można też Varvet, strarą stocznię w południowej częśći wyspy Trosso. W muzeum marynarki wojennej, jest bardzo wiele eksponatów związanych z militarnym znaczeniem miasta dla Szwecji. Najbardziej obleganą atrakcja, jest szklany tunel, dzięki któremu można zobaczyć spoczywający na dnie stoczni, wrak statku z XVIII w. Do niemal każdej wyspy w pobliżu miasta, można dojechać samochodem, rowerem, lub z portu  statkami  wycieczkowymi. Na wszystkich wyspach, są kampingi, kwatery prywatne lub hotele.

Z rynku, pojechaliśmy do portu, a potem w kierunku osiedla Ringo, robiąc jeszcze po drodze zakupy. Rozbiliśmy  namioty na przystani, by spędzić tu naszą ostatnią szwedzką noc. Podczas gdy ja przygotowywałem kolację, dziewczyny same wybrały się na wycieczkę do portu promowego. Chciały zobaczyć wieczorny przypływ promu z Polski. Po powrocie przyznały, że trochę się już za krajem stęskniły. Obok nas swój namot rozłożyli również dwaj nasi rodacy z Warszawy, również rowerzyści. Ojciec z 16 letnim synem, przyjechali do Szwecji na tydzień. Mieliśmy więc okazję, sporo o zwiedzaniu tego kraju porozmawiać. Podzieliliśmy się wrażeniami z naszego pobytu, a po kolacji, poszliśmy  na wieczorny spacer,  po którym do snu nie trzeba już było nikogo namawiać.
Dystans 41 km.

ŚRODA 22.08.


Umówiłem się wcześniej z dziewczynkami, że ostatni dzień w Szwecji spędzimy na przystani. Miały nadzieję na słoneczną pogodę i kapiel. W nocy nad Karlskroną, przeszła potężna burza. Błyskawice i grzmoty, połączone z obfitym deszczem, trwały ponad 2 godziny. Wstałem ok. 8 rano, i postanowiłem dzieciaków nie budzić. Na wieczornym promie którym  o 21. mieliśmy wracać do Polski, planowana była dyskoteka. Aby dziewczyny mogły z tej atrakcji skorzystać, nie powinny być zbyt śpiące. Deszcz przestał padać, a lekki poranny wiatr, osuszał namioty. Rowerzyści z Warszawy, kończyli pakowanie swojego ekwipunku, i szykowali się do odjazdu w kierunku centrum Karlskrony. Pożegnaliśmy się, i zabrałem się do przyżądzania śniadania, i porządkowania rzeczy w sakwach.

Ok. 9 rano, z namiotów zaczęły dochodzić pierwsze sygnały samopobudki dziewczynek. W dobrych nastrojach wykonały poranną toaletę, i zwinęłiśmy nasz ekwipunek. Około południa, słońce swieciło dość mocno na bezchmurnym niebie, i nad wodę zaczęli się schodzić okoliczni mieszkańcy. Moje panny, po uzyskaniu mojej zgody, pobiegły na przystań, popływać i poskakać  do wody, w towarzystwie  szwedzkich dzieci. Za wytrwałość podczas całej wyprawy, taka zabawa im się należała. Miło było popatrzeć, jak brykają w wodzie. Rozrywka trwała do godź. 16. Potem  spakowaliśmy nasz ekwipunek, zostawiając na wierzchu, tylko podręczny bagaż, przydatny podczas podróży promem.Ok. 17.30 ruszyliśmy w kierunku terminalu portowego, oddalonego o 6 km. W kasie otrzymałem na podstawie rezerwacji, bilety na prom, i skierowaliśmy się na nabrzeże, przechodząć po drodze kontrolę dokumentów. Prom STENA BALTICA, pojawił się na morskim horyzoncie ok. 18.30. Operacja jego cumowania do nabrzeża terminalu, trwała blisko 40 minut. Gdy już zrzucono cumy, i opuszczono klapy zjazdowe, zaczęły wyjeżdżać liczne tiry i samochody osobowe. Trwało to prawie do godź. 20.


Obsługa terminalu dała nam sygnał do wjazdu na prom. Przy pokonywaniu stromego najazdu ciężkim rowerem z przyczepką, poczułem się jak kolarz, atakujący  górską premię I kategorii w wyścigu Tour de France. Ale nasz ostatni podjazd na szwedzkiej ziemi, został zdobyty bez problemu. Parkowanie rowerów na pokładzie samochodowym, poszło  bardzo sprawnie, i  udaliśmy się na 7 pokład do  kabin. Tam  pierwszą czynnością, była kąpiel i toaleta. Odświeżeni, w dobrych nastrojach, zameldowaliśmy się w promowym sklepie. Tu miałem dla dzieciaków niespodziankę, w postaci 150 koron na pamiątki ze Szwecji. Wyraźnie zaskoczone dziewczyny, długo namyślały się co wybrać, bo nie była to kwota rzucająca na kolana. W końcu wybrały również dla nieobecnej z nami Kamili małe breloczki z pluszowym łosiem i flagą Szwecji. Zrobiliśmy na promie sesję fotograficzną w wieczornej scenerii, i poszliśmy do baru, posłuchać muzyki i pooglądać telewizję,  od której podczas wyprawy, udało się nam  uwolnić.
Dystans 6 km.

CZWARTEK 23.08.


O 2 w nocy na pokładzie 8, zaczęła się dyskoteka i muzyczne kareoke. Powierzyłem Justynie opiekę nad siostrami, i poszedłem  odpocząć, w kabinie dzieci. Chciałem wjechać do kraju wypoczęty, aby sensownie pokierować naszym powrotem do Łodzi. Zadowolone dzieciaki, obudziły mnie o 6 rano. Zabraliśmy nasze podręczne bagaże, poszliśmy popatrzeć jak omijając Hel, prom wpływa do portu w Gdyni. Potem zeszliśmy na pokład samochodowy, przygotować rowery do wyjazdu. Gdu prom znieruchomiał przy nabrzeżu terminalu, obsługa zaczęła wypuszczać z pokładu liczne samochody. Wkrótce i my zjechaliśmy po szwedzkim wojażu, na ojczystą ziemię, która urokiem, wcale Szwecji nie ustępuje.

Ulicami Gdyni dotarliśmy do dworca kolejowego. Tu nas pobyt trwał nieco dłużej, z powodu sprzecznych informacji których nam udzielono, o wagonie na rowery w pociągu relacji Gdynia-Wisła, który miał przejeżdżać przez Łódź. Nim zdecydowałem się kupić bilety, musiałem się upewnić, że wagon rzeczywiście będzie w pociągu. Zapewniła mnie o tym dyżurna ruchu, Pociąg odjeżdżał z dworca o 20.25, mieliśmy więc sporo czasu na odwiedzenie Skweru Kościuszki, i Akwarium Gdyńskiego. Dotarliśmy tam po 30 min jazdy. Zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia prz żaglowcu Dar Młodzieży, który się dziewczynkom spodobał. Zjedliśmy ciepły posiłek, i skierowaliśmy się do akwarium. Nim tam weszliśmy, trzeba było zabezpieczyć nasze rowery i ekwipunek przed intruzami. Na szczęście, Panie pracujące w akwarium, zgodziły się na wstawienie naszych rowerów do budynku. Po zakupieniu biletów, mogliśmy zobaczyć przebogaty w gatunki roślin i zwierząt, swiat morza. Moje pociechy, nie kryły zachwytu widząc kolorowe ryby, żółwie, płaszczkę, anakondę, małe rekiny, i liczne morskie rośliny. Z akwarium, udaliśmy się na plażę, z zamiarem odbycia ostatniej podczas wakacji, kapieli w Bałtyku. Przedtem trzeba było jednak, znów zostawić rowery w bezpiecznym miejscu. 


Przy mocno grzejącym słońcu, dziewczyny używały morskiej kapieli, a mnie pozostała rola ratownika. Po harcach w morskiej wodzie, moje pociechy, wygłodniały. Wróciliśmy więc po nasze rowery, i udaliśmy się na obiad do jednego z licznych lokali przy skwerze. W pociągu który podstawiono na peron dworca, rzeczywiście był wagon do przewozu rowerów, odetchnąłem więc z ulgą, przestając się martwić o bezpieczeństwo i warunki naszej podróży. Powrotna droga  do Łodzi, przebiegła  bez przykrych niespodzianek.  O 3.50 pociąg wjechał na peron dworca Kaliskiego, gdzie czekała na nas żona. W nocnej scenerii, przejechaliśmy przez budzącą się do kolejnego dnia Łódź. Gdy o godź 5 rano przekroczyliśmy zadowoleni próg naszego mieszkania, zakończyła się szczęśliwie nasza wakacyjna szwedzka wyprawa. 
Dystans 28 km.  

 






relacje i trasy:
Byłeś w weekend na ciekawej wycieczce? Odbyłeś 2-miesięczną podróż życia? Podziel się swoją podróżą!
możesz:
opisać swoją wycieczkę/podróż
uzupełniać ją o napotkane, ciekawe obiekty
dodawać zdjęcia
wgrywać trasę z urządzenia GPS w formie pliku GPX
korzystać z relacji i tras innych użytkowników
ostatnio zalogowali się
Regulamin i polityka prywatności | Kontakt | Dla prasy
Portal tworzony przez Was i Wydawnictwo Bezdroża

Created by Amistad Group