relacje i trasy
Kapadocja i okolice
|
|||||||||||||||
Kapadocja i okolice
Średnia ocena:
Oceń ten artykuł:
![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]()
![]()
Nasz chytry plan był prosty - w cztery dni przeskakujemy z Polski do Kapadocji , tam "odfajkowujemy " przewodnikowy program turystyczny w tydzień , a potem mamy dwa tygodnie na anatolijskie wertepy, zaś na deser zostają dzikie plaże i cieple morze . My , czując wstręt do przekraczania rumuńsko - bułgarskiej " granicy przyjaźni " w Russe jak też stania w kolejce do przeprawy promowej na Dunaju , po odebraniu auta z serwisu pojechaliśmy na samo południe Rumunii by granice przejechać w Vama Veche .Ten wybór pozwalał również uniknąć kilkunastu godzin stania w ogonku na bulgarsko -tureckim przejściu granicznym Kapitan Andrejevo -Kapikule( zazwyczaj wypełnionym samochodami Turków wracających z Niemiec na wakacje w rodzinne strony ) . Zagubione w górach lokalne przejście Malko Tarnovo - Aziziye było puste i już po niecałych dwóch godzinach wypełniania deklaracji celnych ,biegania za stempelkami ,zezwoleniami i wizami wjechaliśmy do Turcji .Uprzejmy turecki celnik łamanym angielskim wyjaśnił ,że żonę i dzieci mogę bezkarnie w Turcji zgubić ,ale jak zgubię wpiętą do paszportu karteczkę zdanymi samochodu ,którym przyjechałem ,to mogę zapomnieć o powrocie do domu . Do Azji wjechaliśmy przezMost Mehmeda Zdobywcy
a potem pustą i tanią autostradą dotarliśmy w okolice Ankary , stamtąd do Kapadocji był już przysłowiowy "rzut beretem ". Aby nadrobić stracony na walkę ze sprężarką czas do tej pory jechaliśmy dość forsownie , zatrzymując się tylko dwukrotnie na noclegi .Najmłodsi uczestnicy wyprawy znużeni długotrwałą podróżą zaczęli wszczynać zamieszki na tylnym siedzeniunaszego samochodu . Aby zapobiec rozlewowi krwi należało czym prędzej znaleźć jakąś atrakcję turystyczną. Jako pierwsze na kursie pojawiło się Tuz Golu (Słone Jezioro) zbiornik o zmiennej powierzchni 1600-2500 km² (my trafiliśmy na jezioro w wersji mini - woda widoczna była kilkaset metrów od linii brzegowej).Miało to swoje zalety -wyschnięte solnisko zapewniło możliwość wyładowania nadmiaru energii zbuntowanym członkom załogi.
Następnego dnia rano wyruszyliśmy na spotkanie z niesamowitymi kapadockimi krajobrazami . Póki co konsekwentnie realizowaliśmy zamiar odwiedzenia zachwalanych w przewodnikach miejsc .Na pierwszy ogień poszłaDolina Baśniowych Kominów
(znana również jakoPaşabağ (Winnica Paszy) ) i opuszczona wioska Zelve . Do Doliny Baśniowych Kominów warto dotrzeć wcześnie rano. Pozwoli to zacząć zwiedzanie zanim zostanie ona zalana przez tłumy wycieczkowiczów . Będąc tu warto pokusić się o wspięcie się na skały otaczające dolinę .Biegnąca górąścieżka widokowa
jest rzadko uczęszczana . Spacer tędy daje możliwość przyglądnięcia się kapadockim cudom natury zupełnie z innej perspektywy.
Zelve leży kila kilka kilometrów dalej niż opisana wcześniej dolina i jest mniej oblegane przez zorganizowane wycieczki . Uzbrojeni w latarki spenetrowaliśmy wnętrza wykutych w skale pomieszczeń.
Niestety spora część skansenu jest niedostępna dla zwiedzających z uwagi na ryzyko zawalenia się skał. Z rozrzewnieniem wspominliśmy poprzedni pobyt w , kiedy kilka godzin zajęła nam eksploracja wnętrza dziurawej jak żółty ser góry w której pracowici mnisi wydrążyli klasztor .Dziś pozostał nam tylko spacer wzdłuż płotka zabezpieczającego wejścia .
- jeziora ani jednego . Autochtoni rozpytywani na migi o jezioro i krater wskazali kolejny stożek . Zwiadowcy wjechali na szczyt , pokonując dość przykry trawers , ale jeziora nie znaleźli .Dopiero patrol pieszy zlokalizował jezioro , a w zasadzie to , co z niego zostało - płytką nieckę wypełnioną grubą warstwą soli. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy sie w Nevsehir by w położonej w jednej z bocznych uliczek knajpce poznać niebiański smak lachmacun , pidy i adana kebaba
.
. Ściany wąwozu, podobnie jak w Zelve , podziurawione są otworami okiennymi wykutych w skale domów i kościołów .Miejsce raczej odludne , sporadycznie tylko nawiedzane przez turystów,wolne od barierek , kas biletowych i strażników .Jedynymi ograniczeniami w eksploracji są tylko nasza sprawność fizyczna i wyobraźnia powstrzymująca przed wchodzeniem do co bardziej pozapadanych pomieszczeń.
W trakcie zwiedzania doliny dzieci zawierają znajomość z żółwiem .Dziwnym trafem okazuje się on być bardziej odporny na okazywane mu dowody sympatii i mniej skory do ucieczki niż miejscowe koty
i penetrujemy poletko skalnych grzybów
.potem , z bezpiecznej odległości przyglądamy się górze którą zdobywają w tym czasie nasi towarzysze podróży ,odwiedzamy przyrożny Karamustafapaşa Kervansarayı
i podziwiamy miejscowe winnice . Na koniecmijając zaglądamy do słynnych na całą okolicę warsztatów garncarskich w Avanos .
Mając w planie przejście całego wąwozu rozparcelowaliśmy samochody .Dwa zostały na parkingu przy górnym zejściu do wąwozu , a jeden porzuciliśmy w zaroślach przy jego dolnym wylocie. Po wykupieniu biletów pokonujemy 350 schodów i rozpoczynamy marsz w dół rzeki Melendiz .Po drodze mijamy wiele wykutych w skale kościołów ,klasztorów i domostw.W połowie długości wąwozu docieramy do obniżenia w którym usadowiła się wioska Belisirma .Tu większość zwiedzających kończy swój spacer .My , po uzupełnieniu zapasów kofeiny w organiźmie , ruszamy w dalszą drogę. Przed nami jeszcze kilka kilometrów biegnącej po skalnych rumowiskach ścieżki .U wylotu wąwozu mijamy ruiny klasztoru klasztoru
i skalne stożki w miejscowości Selime .oraz położony nieco wyżej rozległy muzułmański cmentarz . Wieczorem zmęczeni ,ale zadowoleni dotarliśmy do Nar Golu .Światła dziennego wystarczyło tylko na tyle aby rozbić namioty i znaleźć drogę do ciepłej kąpieli . Kilkadziesiąt metrów od naszego obozowiska znajdował się otwórźródła geotermalnego Nar Golu
w którym z bulgotem wypływała gorąca , z lekka zalatująca siarką woda .Strumyczek zasilał kilka błotnistych stawków a następnie wpływał do jeziora .Przemyślny system zapór z kamieni , błota i reklamówek pozwalał sterować dopływem wrzątku do poszczególnych jeziorek . Kolejne dwa dni upłynęły nam na taplaniu się w błocie i jeździe po okolicznych bezdrożach . Niewielkie wulkaniczne stożki którymi usiana jest okolica pozwalają nabyć doświadczeń w jeździe po żużlu .Przed kolejnym etapem podróży znajdujemy jeszcze chwilę czasu aby obejrzeć Yüksek Kilise -bizantyński monastyr posadowiony na samotnej skale .
Przy okazji robimy nalot na małą knajpkę w Guzelyurt .Pojawienie się 11 głodomorów powoduje niewielką panikę u obsługi, która telefonicznie wzywa odsiecz . Przybyły w pośpiechu właściciel jadłodajni zaprasza nas do kuchni i pozwala wybrać składniki posiłku ,który następnie zostanie na naszych oczach przyrządzony .Za pomocą gestów i odgłosów ( udając zionącego ogniem smoka ) ustalamy które z potraw nadają się do karmienia nimi dzieci. Rankiem zacieramy ślady naszego pobytu w Nar Golu i ruszamy w nieznane ."Dokładne inaczej „ tureckie mapy nie odnotowują celu naszej podróży - jeziorka Cirali. Po drodze czeka nas jeszcze Sultanhani Kervanseray i Obruk . Monumentalnej budowli Sultanhani Karawanseraju nie sposób przeoczyć,
za to z Obrukiem mogą być kłopoty. Na mapach zaznaczona jest miejscowość o tej nazwie , ale ani śladu poszukiwanego przez nas miejsca - krasowego zapadliska z głęboką na 147 metrów studnią . Rozglądając się na wszystkie strony jedziemy przez wieś , ale nigdzie nie widać obiektu naszych westchnień .Po krótkiej konsultacji przez CB radio postanawiamy na otarcie łez zwiedzić ruiny Obruk Han - kolejnego karawanseraju widoczne z daleka
. Skręcamy w wiodącą w jego stronę boczną dróżkę , która niespodziewanie kończy się na krawędzi olbrzymiego leja .Tym oto sposobem niespodziewanie znajdujemy Obruk - wypełniona wodą depresję w miejscu gdzie przed laty zapadł się strop jaskini .Biel ścian i błękit wody w zadziwiający sposób kontrastują z otaczającym nas spalonym słońcem stepem.
Nacieszywszy oczy tym widokiem zaczynamy rozpytywać o Cirali .Jedyną osobą , której ta nazwa coś mówi jest , na oko 10 - 12 letni młodzieniec .Nasz informator łamanym angielskim opisuje nam , że trzeba skręcić w dróżkę przed stacją benzynowa i jechać na południe - w stronę Karapinar .Tak też czynimy . Po kilku kilometrach asfalt znika. Zastępuje go dobrze utrzymana szutrówka .Powoli zanikają też ślady działalności człowieka miejscewiosek zajmuje zeschnięty step
. Opuszczamy szutrówkę i zapuszczamy się „w krajobraz". Na pustkowiach odnajdujemy wieledziur w ziemi , ale w żadnej nie ma jeziorka .Zniechęceni docieramy do jakichś zabudowań by „ zasięgnąć języka „ .Nasi informatorzy okazują się niezwykle uczynni , porzucają niedojedzony posiłek i pilotują nas swoim autem . Bez ich pomocy z pewnością nie znaleźlibyśmy mało widocznej dróżki skręcającej w step. Po około 2 kilometrach ślady kół wygniecione w suchorostach skręcają na niepozorne wzgórze( N37 56.065 E33 25.692 ) .Z jego szczytu rozciąga się niezwykły widok .Kilkusetmetrowej średnicy krater (według jednych źródeł pozostałość po meteorycie , według innych kolejny przejaw zjawisk krasowych ) , a na jego dnie niewielkie czarno- zielone jeziorkoÇıralı Gölü .W ścianach krateru wydrążono dziesiątki , a może nawet setki, pomieszczeń starożytnego osiedla .
Z żalem opuszczamy to magiczne miejsce i ruszamy w stronę rysujących się na horyzoncie stożków pola wulkanicznego Karapinar .
Niekończące się zachwyty nad krajobrazem zemściły się na nas wieczorem .Z powodu zapadających ciemności nie udało się nam dotrzeć na biwak do Meke Golu .Za Karapinar zjechaliśmy z drogi w step i niemal w całkowitych ciemnościach rozbiliśmy obóz. Gdy zjeżdżaliśmy z szosy w swiatłach reflektorów mignęły nam w dali jakieś słupki i fragmenty płotu ,ale nie zadaliśmy sobie trudu aby sprawdzić co to za konstrukcja .Dopiero rano okazało się , że obozujemy opodal tabliczki z napisem „military area „ Jak się łatwo domyśleć ,po tym odkryciu , nasza motywacja do likwidacji obozowiska gwałtownie wzrosła .Wcześnie rano cichcem ewakuowaliśmy się i bez żadnych problemów znaleźliśmy „Uśmiechnięte Jeziorko „( tak brzmi polska nazwa Meke Golu ). Ten kolejny cud natury na naszej trasie to po prostu wulkan w wulkanie .Dno kaldery starego wulkanu zajmuje jezioro , na środku którego piętrzy się kolejny wulkaniczny stożek.
Wspinaczka na jego szczyt zajmuje około pół godziny , a w kilkanaście minut można obejść wewnętrzny krater górą po jego obwodzie .Dla zmotoryzowanych atrakcją jest objazd zewnętrznej kaldery - po części szutrową drogą po części z dala od utwardzonych szlaków. Widoki na wielobarwną taflę jeziorka i stoki wulkanu gwarantowane. Po powrocie na asfalt odbywamy naradę co do dalszych planów. Drzemiące dotąd lobby plażowo - morskie uaktywnia się ,skutkiem czego zarzucamy plan spenetrowania gór Aladaglar izahaczając jedynie o kolejny krater z jeziorkiem Acigol
kierujemy się w stronę południowo - wschodnią by w okolicach Silifke zjechać nad morze .
Ale to już zupełnie inna opowieść .
|
relacje i trasy:
Byłeś w weekend na ciekawej wycieczce? Odbyłeś 2-miesięczną podróż życia? Podziel się swoją podróżą!
możesz:
opisać swoją wycieczkę/podróż
uzupełniać ją o napotkane, ciekawe obiekty
dodawać zdjęcia
wgrywać trasę z urządzenia GPS w formie pliku GPX
korzystać z relacji i tras innych użytkowników
przejdź do strony:
![]() ostatnio zalogowali się
|
||||||||||||||
|
Regulamin i polityka prywatności | Kontakt | Dla prasy
Portal tworzony przez Was i Wydawnictwo Bezdroża |
|||||||||||||||