bezdroza_logo
152764
obiektów,
zdjęć, relacji
i tras
Wyszukiwanie zaawansowane
dodaj obiekt dodaj zdjecie dodaj relacje

e-przewodniki.pl relacje i trasy Futuna, raj odzyskany
Futuna, raj odzyskany
Średnia ocena: gwiazdkagwiazdkagwiazdkagwiazdkagwiazdkagwiazdkagwiazdkagwiazdkagwiazdkagwiazdka (10,00/1 gł)   
Oceń ten artykuł:

Za oknem sali tanecznej szaro, chłodno, wilgotno, niemiło, jesiennie. Na sali - grupa tancerzy akademickiego zespołu folklorystycznego rozmasowuje sobie ponaciągane łydki w roztargnieniu słuchając kierownika, który podaje szczegóły przelotu na drugi koniec świata.

- Naprawdę aż tyle nas dzieli od celu?

- Znaczy, że na tą Futurę to dopiero po Australii, tak?

- A tak w zasadzie, to gdzie jest ta wyspa i jak ona się nazywa?

 - Futuna. To jest tam na skraju mapy, przyjrzyjcie się dobrze, bo jest ledwo widoczna.

Tak więc grupa wie: że lotów będzie dużo, że kolana będą boleć od niekończących się godzin w samolotach. Wie też, że udaje się na jedną z piękniejszych i bardziej odległych wypraw w historii zespołu. Ba! w historii każdego z nas także. Nie wie jednak, jakie przygody i jakie wrażenia na nią czekają. 

23 listopada 2006 grupa wyrusza. Najpierw walka o nadbagaże na Okęciu, potem przesiadka w Paryżu, potem dłuuugi lot do Sydney via Hongkong. Prościzna. Tak, byłoby dobrze, gdyby na lotnisku w Paryżu samolot na nas zaczekał, w ramach gdy my krążyliśmy autobusem, którego kierowca ewidetnie nie wiedział, pod który rękaw podjechać...Lotnisko Charlsa de Gaulla jest chyba najbardziej zabałaganionym na świecie. No i już pierwsza przygoda, niespodziewana noc w Paryżu. Następnie loty, loty. Jumbo nie robi już na nikim wrażenia, duży, pełny ludzi samolot. Lądowanie w Sydney, widok na operę - to robi wrażenie. Zwłaszcza w nocy. Ale Australia to inna historia. W pięknym Sydneym spędzamy tydzień, dając koncerty dla Polonii, zwiedzając miasto i okolice, robiąc wypad na Uluru, czyli świętą Gorę Aborygenów. Stop, przecież mówiłam, innym razem... 

Australia to pierwszy "skrawek" odwrotnej strony globu który poznaliśmy - cywilizowane, zatłoczone, dobrze zorganizowane antypody. Drugi świat - dopiero przed nami. 

Najpierw z Sydney udajemy się do raju kurortów, palm, turystyki (h)amerykańskiej - Fiji to nasz przystanek tranzytowy. Stamtąd mamy udać się statkiem w stronę archipelagu. Taki jest plan. Plan okazuje się szybko upaść z wielkim hukiem. Na Fiji okazuje się że, po pierwsze, nasz organizator zawalił i zapomniał wykupic biletów na statek. Po drugie, na Fiji aktualnie panuje stan wojenny i co 500 m przy drodze stoją uzbrojone po zęby patrole wojskowe. Po trzecie, że Fiji to powalające kurorty, ale nie na głównej wyspie, na której jest międzynarodowe lotnisko i my w ramach tranzytu. Autobus bez szyb podskakuje na dziurach i wertepach, a my z obawą przytrzymujemy nasze bagaże, aby nie wypadły przez jedyne źródła powietrza, czyli te nieobecne okna...Za oknem chatki poskładane z czego się da, czyli blachy falistej, liści babanowca. Kurort? Średnio...Zresztą, nasz kwaterunek też woła o pomstę do nieba - jakiś lichy budyneczek w centrum miasta raczej zakrawa na nazwę slumsy niż hotel. Fauna i flora towarzyszy nam dzielnie pod prysznicem (woda jest, ale prysznic trzeba odkręcać kombinerkami) i pod łóżkiem i na łóżku  (wolę nie wiedzieć kto i co mógł na nim robić wcześniej, bo stan czystości i całościowości tegoż łóżka wręcz poraża) i na balkonie i w dziurze w ścianie i w oknach. Na szczęście dość szybko, bo raptem po dwóch dniach udaje się nam dostać na samolot niosący nas już do celu. Boeing unosi się chyba cudem, myślimy, bo na pokładzie towarzyszą nam  już typowi wyspiarze - potężnie zbudowani, ciemnoskórzy, weseli i głośni wciskają się w standardowe siedzenia lotnicze raz po raz tubalnie chichocząc. Samolot niesie nas nad preludium Polinezji - mozaiką wysepek, raf, lazuru i szmaragdu wody.

zdjecie_25906
Autor zdjęcia: layyla

 

Na Wallis, czyli większej z trzech wysp archipelagu przesiadamy się w....aaaa? naprawdę mam tym lecieć?

 

zdjecie_25907
Autor zdjęcia: layyla

 

 Samolocik mieści jednorazowo 16 osób i część bagażów, miejsca pasażerskie dają wgląd na spód skrzydeł, śróbek i kółka. Trzęsie sakramencko, nie słychać nic, a pilot raz na pewien czas odwara się do nas z uśmiechem podając przez otwarte drzwi kabiny pilockiej liściki - "jak się macie?" Lądowanie odbiera wszystkim dech w piersiach - lotnisko to przedłużony trawnik na skraju śnieżnej plaży.

Drugi świat - Futuna, czyli jedna z wysp polinezyjskiego archipelagu Wallis i Futuna, francuskiego terytorium zamorskiego. Jedna z pierwszych wysp za linią zmiany daty, na skraju mapy i świata. Gdyby szukać na standardowej mapie - wyspa jest mniejsza niż główka szpilki. Gdy na Futunie rozpoczyna się dzień, w rodzinnym Lublinie jest dokładnie 12 godzin wcześniej!

zdjecie_25909
Autor zdjęcia: layyla

Czas zresztą tutaj traci znaczenie. Życie płynie w innym tempie, egzotycznym acz spokojnym. Mały tłumek zebrany na lotnisku wita nas wieńcami kwiatowymi.
Po przejechaniu na pace pick-up'a do jednej z wiosek, zajmujemy miejsca na plecionych matach, które stanowią łóżka. Za przykrycie, ratujące także przed stadami uciążliwych much, robią materiał takie same, jakie mieszkańcy wykorzystują na swoje stroje. My po paru dniach także zaczniemy doceniać ten ubiór i nosić się w ten sposób, żadne inne "europejskie" ubranie nie wytrzymuje konurencji z wygodą i przewiewnością takiego okrycia. Zresztą, podczas dy my zastanawiamy się jak tu się przykryć, żeby pozostać odkrytym, nie roztopić się z gorąca no i opalić się trochę, lokalni mieszkańcy nieufnie się nam przyglądają - nie ma tu zwyczaju chodzenia w bikini, kobieta czy młoda dziewczyna nawet kąpiąc się w oceanie pozostaje w pareo i T-shircie. 
Dwa tygodnie naszego pobytu tutaj płynie powoli, pięknie i egzotycznie. Jeśli świeci słońce to nie daje się wytrzymać z gorąca. Temperatury dochodzą do +42 st co przy tutejszej wilgotności utrudnia funkcjonowanie. Jeśli pada deszcz - a pada i świeci pół na pół - to leje i zacina niemiłosiernie cały dzień i noc. Nasz plan dnia polega na wstawaniu rano, zjedzeniu, położeniu się z powrotem spać, wstaniu, zjedzeniu etc.

zdjecie_25910
Autor zdjęcia: layyla

Ale nie zawsze, bo z pomocą naszych opiekunów objeżdzamy wyspę, wybieramy się na wycieczki w górki, odwiedzamy plaże, zwiedzamy kościółki kolonialne, rozbrzmiewające śpiewem wielogłosowych chórów - szczegółowo opisałam je w relacji o "Nieoczywistych kościołach". Ale także poznajemy tradycje ludności. W mieszkańcach wyspy zakochujemy się chyba ze wzajemnością. Traktują nas jak najważniejszych gości, uczą swoich piosenek i tańców, wyplatania koszyków z liści palmy. Zapraszają na swoje ceremonie - nasza damska część grupy jest bodajże pierwszymi kobietami, które akurat w tej wiosce, gdzie zamieszkujemy, zostają zaproszone do picia tradycyjnej cavy, czyli lekko narkotyzującego napoju wytwarzanego w czasie specjalnej ceremonii z korzeni rośliny o tej nazwie.

zdjecie_25911
Autor zdjęcia: layyla

Siedzimy w kręgu razem z królem - ta maleńka wyspeka (łączna powierzchnia lądowa wysp to 264 km2) jest podzielona na 2 królestwa - i starszyzną wioski. Ale tylko tą męską cześcią - kobiety i urocze dzieciaki o demonicznie czarnych oczach nie mają prawa nam towarzyszyć.

zdjecie_25912
Autor zdjęcia: layyla

Napój jest nam podawany w połowce kokosowej skorupy, płyn powoduje lekkie szczypanie i drętwienie języka. Należy wypić go jednym haustem i  nie zostawiać nic w naczyniu, by wyrazić swój szacunek dla częstujących.  Jeśli ktoś nie gustuje, bo smak jest charakterystyczny, tak jakby wodę z zamulonej kałuży połączyć z jakimś korzeniem - może wypluć za siebie.

Dla naszych gospodarzy nie jest ważne, jak dużo czasu nam poświęcają, dla nich to zaszczyt. Tak powiedział nam, jak się okazało, futuński książę, który nas obsługiwał. Zaszczyt to także przygotowanie dla nas tradycyjnych strojów - zarówno tych codziennych pareo, jak i oficjalnych, uroczystych, które całę wioski szyły dla naszej grupy. Wyglądamy ciekawie...kiczowate kolory, ciężkie welury, włosy polane oliwą uzyskaną z kokosów i posyane sproszkowaną korą sandałowca - jesteśmy ubrani jak najwspanialsi goście weselni. Później zrobimy mały happening - wysiadając na lotnisku w Polsce, mając w pamięci naszą kokosową przygodę, cała grupa nałoży na siebie ostro różowe stroje otrzymane w prezencie. I tak będziemy spacerować po Okęciu, ku ogólnemu zdziwieniu wszystkich.<

Karmiono nas wybornie i w ogromnych ilościach. W miejscu, gdzie stopień zamożności jest wyznaczany przez ilość posiadanych świń, my codziennie dostawaliśmy na obiad pieczoną świnię. Świnki są także skłądane w darze bogom, badź Bogu (wierzenia wyspiarzy opisałam w relacji o kościołach - pomimo rozpowszechnionego chrześcijanstwa, nadal uznają pogańskich bożków) w ramach świąt. Stąd też któregoś dnia, udając się na bardzo poranną mszę na placu przed jednym z kościołów ze zdumieniem zauważyliśmy całe rzędy świnek - mniejszych, większych, bardziej okazałych lub mniej, leżących w koszach z liści palmy jako ofiara od wiernych. 

zdjecie_25913
Autor zdjęcia: layyla

Podano także szare bulwy otoczone w sproszkowanej korze sandałowca - ni to owoc, ni to słodkie, o rany, co ja jem?! Takie pytanie, mimo, że stawialiśmy je sobei dość często, równie często pozostawało bez odpowiedzi. Futńczycy w większości posługują się tylko swoim dialektem, tylko co bardziej wykształceni znają fancuski, lub jakieś ze 3 słowa po angielsku, nauczane w tutejszych szkołach.

zdjecie_25915
Autor zdjęcia: layyla

Wspomniałam, że pojechaliśmy jako grupa folklorystyczna, czyli przede wszystkim mieliśmy tanczyć. Nie za często akurat się to udawało, bo albo lał deszcz, albo wilgoć nie pozwalała wytrzymać w strojach dłużej niż...5 minut. Festiwal był zorganizowany w iście wyspiarskim duchu, czyli organizacji prawie nie było, albo plany zmieniały się jak w kalejdoskopie. My stanowiliśmy atrakcję dla widzów, ze względu na "egzotykę" naszych tańców, kolorowe stroje,  a także wirującą w pędzie tańców bieliznę, widok której wywoływał dzikie piski na widowni. Widowni w znacznym stopniu "babskiej", która rozsiadła się na piaszczystym placu przed wylaną z betonu na początku tygodnia sceną. Ich reakcję tłumaczy całkiem odrębna, trochę przestarzała ale przez to tak wyjątkowa tradycja kulturowa. Na Futunie nadal obowiązuje kategoryczny podział na mężczyzn i kobiety, o trybie życia decyduje rzeczony król mający bezgraniczny posłuch. Dla nas, Europejczyków, jest to aż trudne do pojęcia, że takie cywilizacje jeszcze się cudem uchroniły przed galopującą inwazją świata zewnętrznego. Niektórym może przeszkadzać kompletny brak kontaktu z rzeczywistością - wyspa jest praktycznie odcięta od świata - samoloty przylatują dwa razy w tygodniu, statek wraz z bankiem (jeden urzędnik z walizką-sejfem) i zapasami żywności przypływa raz w tygodniu. Nie istnieje tu czas, komputery, telewizja, telefony (3 telefony stacjonarne na całą wyspę!!) czy służby asfaltujące drogi.  Objeżdzając wyspę zdezelowanym busikiem, popijając whisky z pociętej puszki po piwie, oglądamy niesamowite rajskie plenery,  krajobrazy jak z katalogu czy filmu. Zresztą, obrazy przypominające właśnie Futunę można zobaczyć w "Cienkiej czerwonej linii" Terrence'a Malika. Jeden z bohaterów mówi o świecie Wyspy Salomona, na której spędził czas z dala od bezsensownej wojny, jakby innym niż ten nasz, zabiegany, codzienny, tak:

zdjecie_25916
Autor zdjęcia: layyla

zdjecie_25917
Autor zdjęcia: layyla

Domki kryte palmowym dachem. Dziewicze plaże wysypane nieskazitelnie białym piaskiem. Rzędy palm odbijające się w krystalicznie czystej wodzie przypływu, ostre kamienie wymarłej rafy koralowej, oddalonej od naszych łóżek o jakieś 20 metrów.

zdjecie_25918
Autor zdjęcia: layyla

Chyba najważniejsi i tak byli ludzie, ludzie, ludzie...oni oddali by nam swoje serca. Gdy już wyjeżamy, żegnani  płaczem całej wioski, ubrani w ich stroje, jedna z dziewczyn zdejmuje swoje złote kolczyki z czarnym koralem, wyobrażenie bożka Tiki, czczonego tutaj mimo wierzeń chrześcijańskich i wkłada mi je w uszy. "Souvenir de Futuna", słyszę tylko na mój wyraźny sprzeciw, gdy do kolczyków dołącza też wisiorek w kształcie wyspy i z modlitwą w narzeczu wyspiarskim. Nasz książe sam zakłada nam wieńce kwiatów na szyje, ocierając łzy dłonią wielkości małej szufelki.

zdjecie_25919
Autor zdjęcia: layyla

 

Odlatując, ze łzami w oczach jeszcze rzucamy ostatnie spojrzenia na widoki, które każdemu kojarzą się z rajem utraconym. Utracony? Nie, dla nas cudownie odzyskany.

zdjecie_25920
Autor zdjęcia: layyla

Relacja ukazała się wcześniej na portalu www.bezdroza.pl






relacje i trasy:
Byłeś w weekend na ciekawej wycieczce? Odbyłeś 2-miesięczną podróż życia? Podziel się swoją podróżą!
możesz:
opisać swoją wycieczkę/podróż
uzupełniać ją o napotkane, ciekawe obiekty
dodawać zdjęcia
wgrywać trasę z urządzenia GPS w formie pliku GPX
korzystać z relacji i tras innych użytkowników
ostatnio zalogowali się
Regulamin i polityka prywatności | Kontakt | Dla prasy
Portal tworzony przez Was i Wydawnictwo Bezdroża

Created by Amistad Group